Grzyby-Start
Bieszczadzkie kolory - prolog
 Foto galeria - Bieszczady   

    Kilka ostatnich dni poświęciliśmy na realizację stworzonych wiosną planów. Ciągnęła nas chęć obejrzenia na własne oczy bieszczadzkiej jesieni oraz spotkanie ludzi i miejsc poznanych podczas wcześniejszych wyjazdów.

     

    Dla mnie Bieszczady to przede wszystkim kolejka. Zapraszam Was zatem do wspólnej podróży. Proszę wsiadać do wagonika i ruszamy w drogę. Biletów nie kupujcie – ja stawiam!

    Rankiem, gdy mgły otulają jeszcze pobliskie szczyty, na stacji Majdan ciszę przeszył gwizd lokomotywy. To spalinowóz opuścił swoją sypialnię. Czterysta pięćdziesiąt koni, ukrytych pod czerwoną maską podjechało pod przygotowany dla nas skład. Kierownik pociągu, Pan Marian, dał znak i potoczyliśmy się pod górkę , w kierunku Balnicy. Wśród feerii jesiennych barw miarowo stukają koła i toczy się opowieść Pana Mariana o spalonych wsiach, zarośniętych alpejskim szczawiem ludzkich siedzibach i karawanach przemytników przekraczających polsko – słowacką granicę.

    Docieramy do stacji przeznaczenia. Chwila przerwy i obowiązkowa wizyta w lesie. Kilka minut spaceru i ręce pełne są rydzów i dorodnych kań.

    Z  łupami wsiadamy do wagonów i miarowo toczymy się z powrotem. Wśród drzew mieniących się wszystkimi odcieniami brązów i żółci dobrze widać wygaszone banie smolarzy czekających na kolejny przydział drzewa.

    Co chwilę wjeżdżamy na mostki. Pod nami toczą swe wody strumienie, unoszące miliony opadłych liści. Monotonię podróży przerywa gwałtowne szarpnięcie. Mocno hamujemy. Na szczęście to nie napad, lecz konie , spokojnie pasące się na torze. Gwizdawka lokomotywy skutecznie je płoszy i można jechać dalej.
    Mijamy Majdan i znów pniemy się pod górkę. Dołżyca, Cisna, mijamy kolejne stacyjki. Koniec podróży. Przysłup. Tu mieszka Pan Marian i tu mamy kwaterę.

    Trzeba opuścić wygodny wagonik i po pysznej kawie, na własnych nogach, wdrapać się na jakiś pagórek. Wybór pada na „Jasło”. Tuptamy, a jesienne widoki ,  z każdym metrem, spowija coraz gęstsza mgła. Obłoki pary, gnane porywistym wiatrem, na zmianę zasłaniają i odkrywają przestrzeń.

   

    Betonowy trójnóg wyznacza kres wędrówki. Pora schodzić. W lesie stary buk z dumą prezentuje haki na których kiedyś wisiały izolatory. Może na szczycie, nad okopami był kiedyś punkt obserwacyjny? Nieznany żołnierz, telefonem na korbkę, kierował ogniem moździerzy? Inny leśny olbrzym, powalony już mijającym bezlitośnie czasem, osłania rzadkiego ochronnika – soplówkę bukową.

     Szeleszczą pod nogami opadłe liście. Jeszcze schodzimy w dół, jeszcze chwila marszu po torze kolejki i jesteśmy w domu. W jadalni, na kominku płonie ogień. Wieczór. Pora posiłku, opowieści i wspomnień o minionym dniu.

    Nocne spojrzenie w okno. Widać Wielki Wóz i Księżyc zbliżający się do pełni. Już wiem, że się nie wyśpię. Trzeba będzie zwlec cielsko z mięciutkiego materaca i pokłonić się słońcu.

    Kawa, szybka toaleta i wychodzę na zewnątrz. Szaro. Szyny kolejki nikną w mroku. Dokoła majaczą cienie drzew. Po chwili, na pojedynczych obłokach pojawiają się różowe refleksy. Noc przegrywa odwieczną walkę z dniem. Widać mgły otulające doliny wilgotną kołderką. Jaśnieją szczyty.

    Nie wiem kiedy jaskrawa kula słońca wystrzela nad horyzont. Można dostrzec i podziwiać szczegóły mikroświata. Rosa zamienia pajęczyny w tysiące różańców. Mokry, zmarznięty pająk chłonie słoneczne ciepło. Podobnie pszczoła, którą zmierzch zastał przy znojnej pracy, zmrożona powiewem jesieni, czeka na ciepły poranek. Dostrzegam grzyby wyrosłe tuż koło szyny. Wracam na  smaczne śniadanko.

    Po nim zmieniam żelazne koła kolejki na samochód. Jedziemy do Wołosatego. Stąd dobrze już widać pagórek Tarnicy. To cel naszej wyprawy. Na drodze wyrasta buda. Chcą tam kasy. Chwilę walczę z sobą, aby minąć ją od tyłu. O tym, że jest to możliwe, świadczy wydeptana ścieżka. A niech tam! Wyciągam piątaka, dostaję pamiątkowy bilet i tuptam dalej.

    Mijam stary cmentarz , na nim nieliczne groby. Obok żuraw. Piję wodę z dziurawego wiadra . Fajny patent. Robi się w wiadrze dziurkę i nikt go już nie ukradnie. Obok studni – drewniane koryto. W wodzie odbija się szczyt. Idziemy dalej łąką. Mijamy kępki szczawiu alpejskiego – to dawne miejsce wypasu wołów. Skraj bukowego lasu, ściągamy wierzchnie okrycia, zaczyna być ciepło i coraz bardziej „pod górkę”. Obok nas idą jacyś naukowcy. Słyszę fachowe wywody o budowie wszechświata i o tym, że jestem odpryskiem materii. Wesoło!

    Całą grupą „drzemy” bez odpoczynku mijając kolejne grupy dyszących morświnów. Buki , buki , buki . A na bukach monetki, monetki bukowe , oczywiście. Kilka kamiennych, wysokich stopni i zmiana krajobrazu. Widać szczyt, nad nim ławica chmur i przestrzeń, „że okiem nie zmierzy”. Zastrzyk energii, po którym wejście na wierzchołek to bajka. Duży, aluminiowy krzyż. Obowiązkowe wyposażenie większości polskich szczytów. Tu stał Ojciec Święty, Jan Paweł II.

    Jesteśmy na Tarnicy. Oczy chłoną widoki. Dalekie wierzchołki zakryte są lekkim woalem mgły, ale te  bliższe wydają się być na wyciągnięcie ręki. Cudo!!! Nieubłaganie biegnie czas. Trzeba schodzić, tym bardziej, że na szczycie zaczyna brakować miejsc siedzących i przypomina on hipermarket tuż przed świętami. Nasza grupka się rozstaje. Część wraca do automobilu. Reszta bieży do Mucznego. Tam się znów spotkamy.

     Muczne, „Wilcza Jama”- kultowy bieszczadzki lokal. Pan Andrzej serwuje gulasz z sarny i placki ziemniaczane. Pychota! Zachodzące słońce, filtrowane szybkami witraża, oświetla myśliwskie trofea właściciela lokalu. Brzuszek staje się coraz cięższy. Podobnie powieki. Wolno toczy się auto. Pod nami, co chwilę, równie leniwie toczy swe wody potok „Wołosaty”.

     Mijamy kolejne mostki… Znów jest z nami znajomy tor kolejki. Zza zakrętu wyłania się pociąg. W ostatnim wagonie znajoma sylwetka Pana Mariana kręci korbą hamulca. Wagony jadą po pochyłości. Wzdłuż drogi łąka. Dalej las. Na horyzoncie galopują ku nam konie. Są coraz bliżej. W ciągu kilku sekund trudno wyjąć schowane w bagażniku aparaty. Na grzbietach koni są jeźdźcy! Strzelają! Jesteśmy świadkami napadu na pociąg! Lokomotywa hamuje. „Bandyci” opanowują wagony. Niestety, nie gwałcą pasażerek. Zadowalają się zdobyciem piwa i odjeżdżają w siną dal. Skład toczy się znów w dół doliny. Dojeżdżamy do naszej kwatery. Ogień na kominku, grill i dalsze, bieszczadzkie opowieści do późnej nocy.

    Nastaje ostatni dzień naszego pobytu. Niestety, tym razem słoneczko skryte jest za pierzyną chmur. Nie ma świetlnych refleksów. Wyruszamy do Wetliny szlakiem bieszczadzkiej kolejki. Dziś nie będzie tu pociągu, ale za kilka lat znów, prawdopodobnie, będzie można słyszeć gwizd lokomotywy rozdzierający spokojne wetlińskie powietrze. Tor biegnie dalej w głąb Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Tu kolej będzie tylko we wspomnieniach. Nigdy już tu nie pojedzie pociąg… Spękane, betonowe mosty, ścięte słupy telegraficzne, podkłady, które już nigdy nie dźwigną stalowej szyny, tkwią wśród ciszy, zakłóconej szmerem strumyka . Pójdziemy za rok trasą kolejki, ku polanie, na której drzewa wsiadały do pociągu, wiozącego je w ostatnią podróż.

    Dziś, zardzewiałym torem sunie bezgłośnie gąsienica . Nie wiem, gdzie jest cel jej podróży… Podróży, podróż… Czas i nam wracać do domu. Odbieramy jeszcze zamówione wcześniej kozie sery i uciekając przed korkami, wybieramy coraz to bardziej egzotyczne objazdy. Kraków i czas „zrzucania” tysięcy zdjęć.

    Takie przygody byłyby również Waszym udziałem, drodzy Forumowicze. Wystarczyło pojechać…. W tytule użyłem słowa „prolog” myśląc, że dopiszecie ciąg dalszy… Teraz jednak, właściwszy byłby tytuł: „Bieszczadzkie Kolory… Dla Tych Co Nie Mogli….”

Amiś 

Komentarze 

 

 

 

 

 

 

 

21 Kwietnia 2018
Sobota
Imieniny obchodzą:
Addar, Anzelm,
Bartosz, Drogomił,
Feliks, Irydion,
Konrad, Konrada,
Selma
Do końca roku zostało 255 dni.
Grzybland Na Facebooku
Konkursy
Logowanie
Login

Hasło

Zapamiętaj mnie
Nie pamiętasz hasła?
Nie masz konta? Załóż je sobie
Kiedy na grzyby

showMoon()
Gościmy
Aktualnie jest 475 gości online