Grzyby-Start arrow Kronika Grzyblandu arrow Janów Lubelski 2008
Janów Lubelski 2008
środa, 10 wrzesień 2008

Foto galeria Forel                    Foto galeria Zibi                           Foto galeria Urania

Foto galeria Asza                   Foto galeria Mglejarka                Foto galeria Elma 

 Już po kolejnym zlocie GRZYBLANDU. W tym roku na to spotkanie wybrano Janów Lubelski. Miejsce ciekawe, które wielu będzie się kojarzyć z bagnami, garncarstwem, pasjonatem – leśniczym, żurawinami, jazdą konnym wozem, wspaniałym wrześniowym słońcem, zupą grzybową lub makaronem z sosem grzybowym (jak kto woli) no i komfortowym hotelem za nieduże pieniądze. To wszystko w ciągu 48 godzin. Po prostu kumulacja !!!

Ale teraz serio. Jak co roku , tym razem w dniach 5, 6, 7 września, odbyło się coroczne spotkanie ludzi pasjonujących się grzybami. Zainteresowanie runem leśnym jest wszechstronne. Znawcy nie tylko zbierają grzyby ale też oznaczają znalezione okazy i przekazują swoją wiedzę „nówkom”, a takich co roku przybywa. Nowi na zjeździe odznaczyli się poczuciem humoru, ciekawymi pomysłami, chęcią poznawania lasu i jego tajemnic. W kręgu zainteresowania były też przetwory, w których wytwarzaniu specjalizują się konkretne osoby. Jestem od niedawna w tym towarzystwie i jeszcze kryje ono przede mną sporo tajemnic. Wiem jednak, że pyszny czerwony barszcz na borowikach ceglastoporych przygotowują pp. Forelowie, Marta tworzy marynaty oraz gotuje i smaży na bieżąco zebrane grzyby, w nalewkach przoduje Zibi , Krysia z Mikołajem i jeszcze parę osób lecz…więcej nie pamiętam. Inni też mają swoje specjalności. Krysia i Stasia pieką pyszne ciasta, Mikołaj zawsze pamięta o niespodziance dla organizatora, Ania odpowiada za wypłacalność uczestników, Janusz gra na gitarze i zachęca do śpiewania, Asza obmyśla konkursy i je prowadzi. Nie wspomnę już o rzeszy fotografów, którzy wszystko uwieczniają. Nad całością imprezy w tym roku czuwała Elma, korzystając z pomocy wszystkich chętnych.

Pewnie nie wspomniałam o wielu innych mocno zaangażowanych w tę imprezę, ale to właśnie dzięki wszystkim klimat i atmosfera są niepowtarzalne. Nawet czworonożni przyjaciele mają swoje zasługi. Nikt nie musiał się martwić, że marnuje jedzonko, gdy jakaś kiełbaska wylądowała w ognisku. Na nią już pieski czekały.

Z dotychczasowej relacji wygląda, że cały czas biesiadowaliśmy. Nic bardziej mylnego. Co prawda grzyby w lesie dość skutecznie się przed nami chowały tzn. nie było wysypu a może pojawu, ale organizatorzy mieli program alternatywny. Dzięki wspaniałej wrześniowej pogodzie wyprawa do rezerwatu Imielity Ług na pewno zaowocuje ciekawymi zdjęciami. Niektórzy mieli korzyści od zaraz, zaopatrując się u miejscowych zbieraczy w żurawinę, która jest owocem dającym ogromne możliwości, o czym na pewno przekonamy się za rok na następnym zlocie. O wyprawie do rezerwatu bobrów pojazdem gąsienicowym należącym do Bagiennego Bractwa Obserwatorów Terenowych nawet nie próbuję opowiadać, to po prostu trzeba przeżyć, choć chwilami myśleliśmy, że wybiła nasza ostatnia godzina. Uratował nas chyba śmiech.


Miejscem, które budziło refleksje, było Porytowe Wzgórze. Upamiętnia ono największą partyzancką bitwę z roku 1944, gdzie z 30 tys. żołnierzy niemieckich walczyło tylko ok. 3500 partyzantów polskich i radzieckich. W miejscu bitwy postawiono pomnik. Jest tam też drewniana kaplica, w której dwa razy do roku odprawiane są msze. Warto zwrócić uwagę na ustawioną w lesie drogę krzyżową, gdzie oprawcy Jezusa ubrani są w mundury hitlerowskie lub tak jak SB. Ciało Chrystusa do grobu układają więźniowie w pasiakach. Ostatnia stacja zaś przedstawia Jezusa schodzącego z krzyża. Warto w spokoju przejść i pocztać opisy przy stacjach. Człowiek od razu nabiera pokory wobec życia i drugiego człowieka.


No i musiała przyjść też godzina wyjazdu. Po podsumowaniu wszystkich konkursów, rozdaniu nagród, wspólnym zjedzeniu PYSZNEJ zupy grzybowej by Mglejarka, ogarnięciu terenu - nadeszła pora rozstania. Myślę, że nie na długo. Od czego jest Internet i strona WWW. GRZYBLAND.PL, na którą serdecznie zapraszam.

Żurawinka (Ula)

Dzień drugi alternatywny czyli: Bobson, Tam i z Powrotem.

Zacznę ni w pięć ni w dziewięć od jakiegoś momentu pierwszego wieczoru, w którym trudno sprecyzować czas, gdyż margines błędu waha się w przedziale +/- 1,5 h. Po paru pit stopach z „miarką bobsona” – jak to określił CropKeeper – w różnych miejscach stołu i ogniska przyszła kolej na chrzest nówek. Już miałem mówić że mam ważny międzynarodowy telefon, ale nie zdążyłem, gdyż Zibi poczęstował mnie tradycyjnym jajkiem, o konsystencji gruszki w occie. Przeszło podobnie jak jego trzydziesto procentowe nalewki (ale do stu) czyli gładko. Wprawdzie do Wielkanocy i Wigilii jeszcze sporo czasu, ale atmosfera zrobiła się iście świąteczna. Nastąpiła seria potraw grzybowych, nie zabrakło też marynat i wyrobu płynnego zaczerpniętego z logo Grzyblandu. Wśród interesujących rozmów i kilku niezwykle inspirujących sesji fotograficznych czas płynął jak Phelphs, czyli błyskawicznie. Nie zawaham się stwierdzić, że jego margines błędu wzrósł do +/- 2 h. Z uwagi na czekające nas wspólne ranne grzybobranie, na którym miałem „pobić” Zibiego w gatunkach ;) trzeba było położyć się spać.

Targany jakimś wewnętrznym niepokojem zbudziłem się ok. 4:30 (margines błędu zmalał do 0,5-1 h) i przypomniałem sobie, że przy ognisku zostawiłem wiklinowy kosz, bluzę polarową (której w ogóle nie nałożyłem, bo noc była upalna) i kluczyki do samochodu. Po długiej i krętej drodze dotarłem na miejsce. Niestety wszystko zostało sprzątnięte. W nadziei, że porządek zrobili najbardziej wytrwali przedstawiciele Grzyblandu lub pracownicy ośrodka położyłem się spać. Następnego dnia, po śniadaniu udałem się na recepcję. Bluza była, ale po koszu ze specjałami i kluczykach ani śladu. Wtedy w mojej głowie rozpoczął się mozolny proces analityczno-odtwórczy: co? gdzie? i kiedy? W międzyczasie cała gromada Grzyblandu zbierała się przed wyjściem na wspólne grzybobranie. Nie pamiętam już kto, ale ktoś rzucił pomysł aby przeczesać las do miejsca wczorajszego ogniskowania (WIELKIE DZIĘKI WSZYSTKIM). Niestety nie przyniosło to pożądanego skutku. Do obiadu czas minął mi na dalszych poszukiwaniach: znowu teren ogniska, wiata, las, pokój, recepcja, parking, przyboczny sklepik – i tak parę razy. W związku z tym nie pozostawało mi nic innego jak wybrać się do Lublina po zapasowy kluczyk. W pierwszej chwili pomyślałem o mleku, gdyż jak powszechnie wiadomo ma najszybszy transport, ale przed ośrodek podjechał właśnie Forel, który w tempie już nie Phelphs`a ale raczej Bolt`a zawiózł mnie na dworzec (DZIĘKI WIELKIE). Szybko wyczaiłem przystanek busów, który był przy niedaleko położonym przedszkolu. I tu znalazłem swoje pierwsze grzyby tego weekendu. Były namalowane na szybach. Natychmiast je w miarę możliwości oznaczyłem: borowik, jakiś gołąbek z wywiniętym do góry kapeluszem i muchomor czerwony.

Z Janowa wyjechałem o 15:50 (margines błędu 0!). Po sprawnej akcji dostarczenia mi zapasowego kluczyka na dworzec w drogę powrotną załapałem się na ten sam bus i o 18:05 jechałem już z powrotem. W czasie podróży w zasadzie nic się nie działo. Wiało gorącem, wilgocią i nudą. Jedyną rzeczą godną uwagi było wejście w Kraśniku dwóch pasażerów lokalnego establishmentu. Jeden z nich próbował nawiązać ze mną kontakt, ale nie wiedziałem zupełnie o co mu chodzi. Zrozumiałem jedynie to, iż sam nie wie gdzie jedzie. Po przejechaniu kilkunastu kilometrów panowie wysiedli na jakimś przystanku i udali się wprost do pobliskich Delikatesów. Odtąd dla zabicia czasu i myśli zacząłem odliczać na stoperze czas mijania przydrożnych słupków. Ok. 19:00 byłem już z powrotem w Janowie i bezpośrednio przyjechałem jakąś złapaną taksówką na parking. Wyjąłem kluczyk, który był zabezpieczony przed wypadnięciem na 5 różnych sposobów i włożyłem do zamka. UFF DZIAŁA!!! (a istniały pewne przesłanki, że może mnie zawieść). Odtąd już spokojnie sączyłem wodę mineralną z dużą zawartością magnezu i przepyszny barszczyk. Rewelka!


“Roads go ever ever on,

                          Over rock and under tree,”...

Bobson.

PS

Należałoby całość relacji uzupełnić o dwa ważne wydarzenia, dwa konkursy które odbyły się podczas Zlotu.

1 - Ponieważ Lasy Janowskie generalnie ubogie były w grzyby ( wagowo) odbył się konkurs na „Największą ilość zebranych gatunków”. Wzięło w nim udział 9 osób. Poziom był niezwykle wysoki. ( Kto nie pamięta to przypomnę że w Krzyżanowicach wygrała Elma z ilością 37 gatunków, a w Poroście Mirki2 (lepsza połowa) z ilością 54 gatunki. )

Tutaj mistrzem okazał się Zibi, który wytargał z lasu 63 gatunki. Następni uczestnicy konkursu niewiele ustępowali Zibiemu.

Wszyscy otrzymali pamiątkowe albumy „Regionalny przewodnik leśny” ufundowane przez Regionalną Dyrekcję Lasów Państwowych w Lublinie, a Izeczka i Marcin jako nówki zlotowe, dodatkowo po słoiku marynowanych borowików szlachetnych wykonanych przez Elmę.

2 - Konkurs na najładniej ulepione naczynie w tradycyjny sposób ( w pracowni garncarskiej miejscowego mistrza ). Okazało się że przysłowie „nie święci garnki lepią” jakoś nie chciało się przełożyć na próby naszych zlotowiczów. Konkurs ten wygrała Asza .( jej garnek albo to co go przypominało wygrał większością głosów w głosowaniu jawnym ). Nagrodą w tym konkursie był również pamiątkowy album wymieniony wyżej.

Janusz

                                                   Komentarze


24 Czerwca 2017
Sobota
Imieniny obchodzą:
Danuta, Dan, Danisz,
Emilia, Jan, Wilhelm
Do końca roku zostało 191 dni.
Grzybland Na Facebooku
Konkursy
Logowanie
Login

Hasło

Zapamiętaj mnie
Nie pamiętasz hasła?
Nie masz konta? Załóż je sobie
Kiedy na grzyby

showMoon()
Gościmy
Aktualnie jest 668 gości online