Grzyby-Start
Coraz mniej takich miejsc...
Napisał Dorota   
wtorek, 20 listopad 2007


Galeria - Bacówka

      Unijne wymogi sprawiają, że miejsca takie jak to, znikają z krajobrazu polskich gór.

    Bacówkę odkryłam szukając końskiej drogi do brzegów Jeziora Orawskiego (ale to już inna historia) i od tej pory byłam tam częstym gościem... 

    Pierwsze spojrzenie z końskiego grzbietu padło na pasące się na tle Orawskiego Jeziora stado owiec, pilnowane przez stwora niezwykłego - pasterza (jak się później okazało - prawie) doskonałego. Oprócz stworów wełnistych nie zabrakło tam kóz i krów- unijnie już zakolczykowanych. Zaraz nadbiegły też inne stworzenia przez baców pilnowane czy też baców pilnujące się - półdzikie konie buszujące po okolicznych lasach. Tylko opanowany do granic możliwości strażnik stada zachował stoicki spokój - nikt przecie jego "łowiecek" nie porywał.

     Kiedy już dorosły dobytek bacówkowy przedstawiłam, pora na dzieci - szczeniaki (bez rodowodu), które będą swój żywot szczęśliwy wśród gór, lasów i łąk pędziły pod troskliwą opieką ludzi, dla których będą pomocą i wyręką. I jagniątka z ogromniastymi ślipkami na świat patrzące - trochę ze strachem, ale i z dużą dozą ciekawości, czym ten świat je zaskoczyć może.

     Skoro prawie wszystkich już znamy, do konkretów przejść pora. Jak praca baców wygląda? Jeden pasterz (ale prawie musi być doskonały), wędruje ze stadem po okolicznych halach, by "łowiecki" mogły się napaść. Raz dziennie zaganiane są do zagrody , gdzie od 16.00. do 18.00. odbywa się dojenie. Czynność ta nie jest trudna , co osobiście sprawdziłam , jednak efekty dojenia owcy bardzo są mizerne - od jednej uzyskuje się w sezonie ok. 2/3 szklanki pysznego mleczka. Aby napełnić całe wiaderko, trzeba "opróżnić" 50 - 60 owieczek.      

   Kolejnym etapem produkcyjnym jest sterylizacja pomieszczenia bacówkowego pachnącego zawsze dymem i świeżym serkiem. Czynności tej, niezwykle odpowiedzialnej, dokonywał pan "Pecik" (dlaczego tak nazwany, chyba każdy wiedział będzie).

   Następnie na ogromnym palenisku warzono w kotle, by odpowiednio ogrzać wymieszane już składniki. A później do akcji ponownie wkraczał znany nam już osobnik, który ręcznie, z dodatkiem rękawów swojej (równie jak bacówka sterylnej bluzy) merdał w beczce, by ugnieść podgrzany już półprodukt oscypkowy. Dalej następowało formowanie serków (znowu nad paleniskiem), moczenie ich w solance i obwędzanie oscypków, osączanie buncu i zlewanie żętycy. 

    Po tak skomplikowanym, ale jakże ciekawym procesie, można było objadać się przepysznymi oscypkami i jeszcze lepszym buncem. Smak serków z orawskiej bacówki poznało i doceniło wiele osób, które miały okazję ich spróbować. Niektórzy napełniali też brzuchy świeżą żętycą, za którą ja nie przepadam. Adrian prezentuje na zdjęciu drewniany kubek,z którego napój ten smakuje zapewne stokroć bardziej niż z jakiegoś innego.

    Jednak bacówka to nie tylko zakład produkujący pyszną żywność. Wełniaki są poddawane także "łysoleniu". Nie mam niestety zdjęć z ręcznego strzyżenia, którego "pokaz" miałam przyjemność oglądać. Ale mogę się podzielić fotkami ze zmechanizowanego pozysku wełny . Spece przyjeżdżają, rozstawiają sprzęt zasilany z agregatów i zabierają się do roboty . Wyłysienie jednej owieczki zajmuje im około trzech minut . Najbardziej zdumiało mnie jak bezwolnie zwierzaki poddają się temu zabiegowi. Wyłapywane z zagrody nie protestują, nie uciekają... A jak ja poza zagrodą usiłowałam złapać wybraną owieczkę, wcale nie chciała być złapana. Może dlatego, że była to czarna owca... A wyglądała na bratnią duszę...

    Na koniec wyjaśnię jeszcze, czemu pasterz jest tylko prawie doskonały. Otóż nie upilnował wszystkich owieczek swoich i jedna z nich w lesie ciemnym pozostała. Ręka Opatrzności uchroniła ją przed wilkami złymi, a zesłała dnia następnego ekipę ratunkową. Ponieważ ja się dorwałam do "kierownika", bo po "terenie" pojeździć lubię bardziej niż po asfaltówce, zgubę ze swej strony Amiś wyparzył. Załadowaliśmy wystraszonego i chorego stworka do autka, a chwilę później nadszedł pasterz owieczki swej szukający. Odwieźliśmy zwierzaka do bacówki, ale nie udało się go niestety uratować na 100%. Była "nie do wyleczenia"...

    Tak zaprzyjaźniłam się z wolnymi ludźmi, dla których czas wyznacza wschodzące i zachodzące słońce, a domem są im góry i lasy. Wracałam tak kilkakrotnie również po wakacjach i zapewne wrócę wiosną, kiedy i oni przywiozą swoje stado w to samo piękne miejsce.Cała ekipa spędza zimę w Poroninie koło Zakopanego, gdzie wyjechali w połowie października.

Komentarze

 

 

 

18 Lipca 2019
Czwartek
Imieniny obchodzą:
Arnold, Arnolf,
Erwin, Erwina,
Kamil, Karolina,
Robert, Roberta,
Szymon, Unisław,
Wespazjan
Do końca roku zostało 167 dni.
Grzybland Na Facebooku
Konkursy
Logowanie
Login

Hasło

Zapamiętaj mnie
Nie pamiętasz hasła?
Nie masz konta? Załóż je sobie
Kiedy na grzyby

showMoon()
Gościmy
Aktualnie jest 215 gości online