Grzyby-Start
Po drugiej stronie światła
Napisał Dorota   
sobota, 03 listopad 2007

     Galeria

     "I stała się światłość", która DNIA miano otrzymała, w przeciwieństwie do NOCY ciemnej, w której gwiazdy tylko prawo bytowania mają. I człowiek światłu swe losy powierzył. Od tamtej pory słów wiele swe znaczenie utraciło i nic już tak jednoznaczne nie jest jak było. A czym druga jest strona światła???

        Newsa tego Jurkowi dedykuję - niech szybko wraca i ze stron wszelkich CZYTA słowa moje. 

     Rzecz o nocnym na GÓRĘ dochodzeniu będzie i strony przeciwnej uroków odkrywaniu niezwykłych. Kto zatem nie stracił na wstępie odwagi, niechaj podąża za tymi, którzy odważyli się IŚĆ i DOJŚĆ. 

    Zebrała się ekipa, a nawet, jak dzieci „moje” mówią: e-kupa, której nie odstraszał czający się mrok. Po napełnieniu brzuszków jadłem wybornym i trunkami równie znamienitymi, zdopingowani przez Zibiego, który z Kropką w objęciach na spoczynek zasłużony się udał, wyruszyło SIEDMIU WSPANIAŁYCH: Adrian , Amiś , Andrzej , Lena , Paweł zawsze radosny , Paweł-doktor od Babiej i ja , na podbój lądów znanych-nieznanych.

     Większość członków rzeczonej wyprawy przygotowała zestawy gadżetów, które pomóc im w pokonaniu GÓRY miały. Ja tam nic nie brałam, ufając, że dobre czy złe demony i tak mi drogę właściwą na sam szczyt wskażą.

    I nastąpiło zetknięcie z gęstym od NOCY mrokiem, który czarnością nawet rumaki z Mahometa albo nawet Hadesa stajni przewyższał (a w każdym razie tak się niektórym zdawało). Obiegałam "swoje" stado, by się za bardzo nie rozpierzchło, lecz tak naprawdę każdy wobec wyzwań był SAM. I kidy z pomocą Adrianowej latary pomogłam przebrnąć przez strumień kolejnym ZDOBYWCOM, nadszedł czas, by powierzyć swoje kroki szeptom dla reszty niesłyszalnym.

      I ostatnie na szlaku wspólne nastąpiło spotkanie - w jednych wstąpiło zwątpienie , inni los swój zaufanym powierzali urządzeniom, a inni jeszcze radośnie na dalszą liczyli przygodę.

    Teraz szłam naprawdę sama - kory chropowatość nie była tą samą, którą rozświetla światło dnia, a kamienie i korzeniaste schody jeszcze przychylniej niż zwykle skłaniały się do mnie. I widziadeł miliony wkradało się na szlak z pragnieniem chwilowego chociażby towarzyszenia...

    Czekałam jednak co czas jakiś na resztę, by zbyt nie czuli się opuszczeni. I skończył się las wysoki . I niebo przywitało milionem gwiazd w naturalnym dla siebie morzu ciemności pływających. I znienacka słowa poety szeptane w przedśmiertnej agonii do ucha ukochanej wróciły do mnie: "Niebo złote Ci otworzę..." I otworzyło się niebo dla mnie. Gwiazd - wyrzutków wszechświata sporo na drogę upadać zaczęło...

    Myślą się jedną po doczekaniu na towarzyszy podzieliłam, a właściwie zadałam pytanie: "Czy powierzenie swoich marzeń więcej niż jednej spadającej gwieździe skutek lepszy mieć może???" I kolejnym gwiazdom lecącym ku ziemi jedno powierzałam życzenie. Do dziś pamiętam, że było ich 37... Ale TERAZ myślę inaczej - ilu ludzi, ufnych i widzących swoimi taką gwiazdę obarczyli pragnieniami??? I co ona wtedy zdziałać może, gdy sama skazana na upadek taki jest ciężar dźwigać zmuszona??? Ale i tak za nic mam naukowe gwiazd spadających znaczenie tłumaczenia; oni bezduszne z nich czynią kamienie, a nie widzą, że śmierć im przy spadaniu towarzyszy i koniec gwiezdnego istnienia. I dalej gwiazdom wierzyć będę i podrzucać im swoje marzenia - jak mają zginąć, niechaj z właściwym swej randze łoskotem roztrzaskiwanych o drżącą ziemi powłokę.

     Zostawmy jednak gwiazdy spadające i dalszą zajmijmy się drogą. Coraz bliżej był szczyt, a na nim czekało zetknięcie z drugą stroną ciepła - i tu już bez wieloznaczności oświadczyć mogę, że było przeraźliwie zimno. I Adrianowi chwała, że przyniósł na GÓRĘ ostatnią ratunku deskę, którą przekazał w najwłaściwsze łapy.

    Wszyscy byli dobrze "dojdzięci" i szczytowaniu aż do świtania upragnionego oddani. Pozycji tysiącem pokonać NOC się starali i jeszcze do świata dolnego esemesy wysyłali swoim się chlubiąc zwycięstwem...

       Ale ja do gwiazd rozmaitych powrócę - raz światełkami zwodniczo nadzieję budziły, za chwilę w mroku pogrążając nie tylko marzenia... Trwały wciąż jednak nad kamiennym światem, który tak naprawdę wcale nie jest z kamienia... Wydawało się chwilami, że wyciągnąć wystarczy rękę, by pochwycić światło gwiazd, ale czym się zdawały być bliżej, tym były dalsze... A dalekie gwiazdy tylko pożegnać można. I świt powinien był nadejść wreszcie długo wyczekiwany. Ale tu już GÓRA zakpiła sobie ze ZDOBYWCÓW. I świtu nie było - otuliła się mgłą uszczelniając każdą szparę, przez którą promienie przedostać się próbowały. 

     Nastąpiły rozstania - Andrzej i Paweł z uśmiechem wiecznym po wąsem i w oczkach błyszczącym, szlak do innego powiódł celu; reszta drogą już znaną wróciła. Po drodze jeszcze nas Paweł, który kawałki Babiej w ciemnościach swej pracowni skrywa, opuścił, by nie kończyć tak dobrze zaczętego dnia. 

    Kiedy do końca zbliżaliśmy się wędrówki, na szlak wjeżdżał Zibi, który zaczął swój kolejny pozyskowy dzień.

     Na tym właściwie mógłby się zakończyć ten spóźniony news, ale jeszcze przecie druga strona pozostaje światła. Ona wcale nie jest mrokiem. To miejsce, gdzie można zobaczyć wszystko znacznie wyraźniej, gdzie nie ma codziennej ściemy, gdzie rzeczywistość brutalna dostępu nie ma i tylko TU i TERAZ ma znaczenie.  Ja drugą światła stronę odwiedziłam, jako i innych stron wiele. Stamtąd bez trudu wróciłam i pewnie się znowu w nią wybiorę...

     Zdjęć z wyprawy wiele nie mam, bo mój mały aparacik nie bardzo mnie w ciemnościach chce słuchać. Dlatego wykorzystałam również zdjęcia Amisia, na co zezwolenie zostało mi udzielone.

Komentarze 

 

25 Czerwca 2019
Wtorek
Imieniny obchodzą:
Albrecht, Eulogiusz,
Lucja, Łucja,
Tolisława, Wilhelm
Do końca roku zostało 190 dni.
Grzybland Na Facebooku
Konkursy
Logowanie
Login

Hasło

Zapamiętaj mnie
Nie pamiętasz hasła?
Nie masz konta? Załóż je sobie
Kiedy na grzyby

showMoon()
Gościmy
Aktualnie jest 214 gości online