Grzyby-Start arrow Kronika Grzyblandu arrow Bieszczadzkie Kolory 5-7.X 2007
Bieszczadzkie Kolory 5-7.X 2007
Napisał janusz   
poniedziałek, 08 październik 2007

 Bieszczady chyba mają w sobie jakąś magiczną moc, że na Zlot „Bieszczadzkie kolory” zjechało Bractwo Grzyblandu ze wszystkich stron kraju, a miało to być małe kameralne spotkanko. Były reprezentowane: Katowice, Bytom, Kraków, Warszawa, Oświęcim, Piotrków Trybunalski, Tychy, Busko Zdrój, Łódź, Wrocław, Kielce. Bieszczady chyba mają jakąś moc, że...


czytaj całość...

Foto galeria Zibi
Foto galeria Marta-Smolarze
Foto galeria Marta-Bieszczady Zlot 
Foto galeria Marta-Grzyby  
Foto galeria Mikołaj
Foto galeria Asza- Zlot 
Foto galeria Asza- Grzyby 
Foto galeria Asza-Bieszczadzkie Pejzaże 
Foto galeria Jarek- Wyprawa na Jawornik 

Bieszczady  "moim okiem"-smolarze - napisała Mglejarka

Wyprawa I - napisał Jarek 


.....wszyscy uznali że Bieszczadzkie Kolory powinny wejść na stałe w grafik zlotów Grzyblandu. A przecież wszystkich w piątek witał rzęsisty deszcz i wierzchołki gór przykryte chmurami. Wydawać by się mogło, że jesteśmy niemile widziani. Bieszczady chyba mają jakąś moc, że wszyscy przybyli punktualnie i byli pewni, że w zaplanowanych sobotnich wędrówkach grzybowo-turystycznych (albo turystyczno - grzybowych) nic mam nie przeszkodzi. Piątkowe popołudnie, które ciągnęło się prawie do rana, spędziliśmy biesiadując,degustując, śpiewając i gawędząc. A deszcz lał dalej. I tak do rana. Ranek przywitał nas zamglony ale bez opadów. Bieszczady widocznie uznały, że tak wytrwałym ludkom należy sprawić ładny dzień. I tak też było. Po śniadaniu podzieliliśmy się na dwie grupy i wyruszyliśmy.........

 

Bieszczady „moim okiem” – smolarze

 Kiedyś, dawno temu, podczas mojej wędrówki między Przemyślem, a Krasiczynem miałam okazję po raz pierwszy zobaczyć smolarzy i zainteresować się tymi ludźmi.

Lata mijały, a ja nie miałam okazji bliżej zapoznać się z tym tematem. Dopiero zjazd w Bieszczadach pozwolił mi na powrót zainteresować się tym wątkiem.

Jechaliśmy na grzybobranie ku granicy z Ukrainą, poradzono nam, aby w tamtym rejonie zasięgnąć języka o pojawie grzybów właśnie u smolarzy.

Trafiliśmy do osady bez trudu. 4 piece były widoczne z drogi ( 3 stygnące, a jeden załadowywany drzewem). Podczas gdy zlotowicze dopytywali się o grzyby, ja pozwoliłam sobie porozmawiać z jednym smolarzem i za jego zgodą zrobić kilka zdjęć :-)


Parę faktów.

Smolarze od dawien dawna produkowali węgiel drzewny, smołę, potaż, dziegieć i maź.

Wytwarzanie tych produktów polega na suchej destylacji rozkładowej drewna i w zależności od tego co chce się otrzymać należy używać odpowiedniego surowca.

Węgiel drzewny wymaga wysokogatunkowego drzewa, jak dąb, sosna czy świerk ( w Bieszczadach buk ).

Smolę uzyskuje się z pniaków sosnowych.

Potaż, czyli węglan potasu, otrzymywany był poprzez ługowanie popiołu drzewnego wodą. Najlepszy gatunkowo potaż produkowano z wysokiej jakości popiołu drzewnego z twardego drewna- dąb, brzoza, buk.

Pierwotnie do produkcji tych wyrobów używano dołów, potem mielerzy aż w końcu pieców smolarskich.

Kto jest ciekaw historii związanej ze smolarzami niech „pogrzebie” sobie trochę w necie, warto.

Patronem smolarzy jest św. Trybald z Provins.                                                                         
Informacje jakie uzyskałam od jednego pana zajmującego się wypalaniem drzewa :

- cały proces trwa przeciętnie około 36 godzin - 24 to wypalanie z uzupełnianiem zawartości pieca, a 12 godzin to stygniecie

- zajmują się tym przez cały rok

- w Bieszczadach jest około 50 takich osad

- zarobki baaardzo skromniutkie, ale lepiej robić to niż nic

- ogólnie dostępne o nich wiadomości są przekłamane, bo traktuje ich się jako ludzi niezaradnych życiowo czy też wręcz jako degeneratów i dewastatorów przyrody

- i nie wiedzą gdzie rosną masowo grzyby gdyż nie mają czasu na chodzenie po lesie

Rozstaliśmy się w miłej atmosferze z panami i pognaliśmy dalej, aby zapełnić koszyki rydzami, podgrzybkami, lejkowcami, borowikami, kolczakami i opieńkami :-)

 Wracając udało nam się zobaczyć uzupełnianie pieca kolejnymi klockami drzewa. Widok niesamowity, gęsto ścielący się dym w promieniach zachodzącego słońca na tle lekkiej mgły i kolorowych liści.

Jestem ogromnie zadowolona z tego zlotu, udało mi się zrealizować kolejnie marzenie, niekoniecznie grzybowe :D

Mglejarka 

Wyprawa I

Pierwszego poranka po przyjeździe Grzyblandczyków do Wetliny, wkrótce po  śniadaniu, na parkingu przed zajazdem zrobiło się tłoczno i gwarno. Moja propozycja miejsca pierwszego wyjazdu na grzyby, którą zamieściłem w planie zlotu, zderzyła się z twardymi realiami w postaci multum kontrpropozycji, lansowanych przez przyjezdnych. W końcu większość osób ruszyła w rejon wsi Muczne, oddalonej od Wetliny o ok. 50 km. Było jednak na szczęście kilku śmiałków, którzy zawierzyli swój grzybiarski los w moich rękach, uważając, że nie ma sensu jechać tak daleko, skoro dokoła jest wystarczająco pięknie i ciekawie.

Wybrałem miejsce, które penetrowałem z Iloną kilkukrotnie w ciągu minionego tygodnia (bowiem byliśmy w Bieszczadach najwcześniej ze wszystkich, by sprawdzić, co w ściółce piszczy). Po przejechaniu całej wsi, zaparkowaliśmy samochody tuż przed granicą Wetliny i ruszyliśmy asfaltową drogą, pokonując mostem potok Wetlina, by po zaledwie 200 metrach wejść na żółty szlak turystyczny, prowadzący na szczyt o nazwie Jawornik.

Szlak turystyczny? Na obrzeżach wsi? Obok cywilizacji? Owszem, na pierwszy rzut oka może to brzmieć zniechęcająco. Wiedziałem jednak, że czekają nas dwie potencjalne atrakcje, z których liczyłem na realizację przynajmniej jednej: obfite zbiory grzybów oraz przepiękne widoki. Jak się potem okazało, spełniły się obie.

Gdy tylko po lewej stronie szlaku pojawiły się brzozy, rozpoczęliśmy poszukiwania. Po chwili Ania znalazła koźlarza, co zachęciło wszystkich do dalszych łowów. Nieśmiało zasugerowałem, byśmy odbili nieco w lewo i spenetrowali brzozowy zagajnik, który miło nas z Iloną zaskakiwał w ostatnich dniach. Z propozycji skorzystali Forelowie, reszta pognała szlakiem do góry.

Gdy szliśmy przez łąkę, opowiadałem Forelowi, jak to znajduję ostatnio w tej okolicy prawdziwki pod brzozami, co wydaje mi się dosyć niezwykłe. Nie minęło 5 minut, a dotarliśmy na miejsce. Pierwszym grzybem, na jaki natrafiliśmy, był… młody (acz całkiem zjedzony) borowik szlachetny, rosnący pod brzozą, kilkadziesiąt metrów od najbliższego buka!

W takiej sytuacji skierowaliśmy się dalej, zbliżając się do miejsca, w którym kilka dni temu znalazłem dorodnego prawdziwka. Tym razem szczęka opadła mi do samej ziemi – wyrosło 5 dorodnych owocników! Wszystkie były zdrowe! Gdy opanowałem swoją euforię, uzmysłowiłem sobie, że szanujący się grzybiarz-przewodnik powinien mieć w takiej sytuacji wyrzuty sumienia: zaprowadzić kogoś w swoje miejsce i wszystko wyzbierać przed jego nosem… postanowiłem więc, że odtąd będę szedł nie przed, ani nawet nie obok Forelów, lecz zawsze ZA nimi.

Idąc dalej (a dokładniej: okrążając ogromną, ogrodzoną posiadłość, wbudowaną na szlaku – lokalizacja o wątpliwej legalności), Forelowie zaczęli natrafiać na koźlarze. Jeden z nich (koźlarzy, nie Forelów) rósł sobie za płotem, co nie uchroniło go przed egzekucją - nie miał żadnych szans w starciu z kijem narciarskim Forela: został przewrócony (nie Forel, oczywiście) a następnie schwytany pętelką na drugim końcu kija, niczym lassem. Po tym popisie ekwilibrystyki, przedarliśmy się przez jeżynowe chaszcze, by w końcu ujrzeć na horyzoncie (a właściwie – na ekranie GPS’a) nieodległy żółty szlak. Zmierzając w jego kierunku, dostrzegłem nadchodzącą z naprzeciwka Ilonę oraz pana Józefa. Z uśmiechami na ustach i tajemniczymi spojrzeniami zerkali na mnie, energicznie dzierżąc kosze. Stanęliśmy twarzami w twarz (i wzajemnie – twarzą w twarze). Chociaż pojedynek był nierówny (dwoje na jednego), po szybkiej licytacji słownej („Zaraz Ci szczęka opadnie!”, „Nie, to Tobie gały wyjdą!”, „Przekonasz się zaraz!” i tp.), powiedziałem: „Sprawdzam!”. Rzeczywiście, oboje mieli w koszach przyzwoitej wielkości prawdziwki, ale w obliczu moich pięciu sporych borowików szlachetnych nie pozostało im nic innego, jak pogodzić się z przegraną

Dowiedziałem się wtedy, że reszta grupy, po stwierdzeniu, że „tutaj nic nie rośnie”, zawróciła do samochodu. Nie wypada mi ich pogrążać, ale dla skrupulatności muszę wyjaśnić, że Ilona i pan Józef szli właśnie ZA NIMI i zbierali prawdziwki (rosnące tuż przy szlaku, pod płotem, na skrajach ścieżki) które tamci przeoczali

Nam jednak ani się śnił powrót – w końcu dopiero doszliśmy do lasu, w którym spodziewałem się lepszych zbiorów! Piękne, różnobarwne liście buków oraz żywo zielone świerki i jodły szybko pozwoliły nam zapomnieć o zmęczeniu, jakie każdy mógł odczuwać po kilkudziesięciominutowym marszu pod górę.

Ilona została okrzyknięta „wydrą”, ponieważ – jak wyjaśnił Forel – tak mówi się na wędkarza, który stoi obok nas i co chwila wyciąga rybę z wody, gdy my nie mamy brania. Rzeczywiście, znajdowała naprawdę sporo prawdziwków – gdyby moja pięciogrzybowa rodzinka składała się z mniej okazałych przedstawicieli, Ilona pewnie miałaby większy zbiór pod względem wagi. Mimo to, ilościowo była chyba lepsza ode mnie. Potem był pan Józef, depczący nam po piętach, długo, długo nikt i… Forelowie

Nikt się jednak nie poddawał i nie tracił entuzjazmu. Nie był to żaden wyścig, lecz wspaniała wycieczka. Poza tym, zza chmur zaczęło wychodzić słońce i zapierające dech w piersiach widoki na połoniny Wetlińską i Caryńską szybko zrekompensowały niedobór grzybów osobom, którym mniej się poszczęściło (nie będę wymieniał nazwisk – dodam tylko, że uzbrojeni byli w kosze przytwierdzone do pasa, kije narciarskie, psa (ściślej: sukę) i czerwonego Nissana Terano, kapelusz oraz błękitny kombinezon grzybiarski).
Droga powrotna do samochodu upłynęła nam na ponownym przeczesywaniu żółtego szlaku – zaowocowało to znalezieniem kolejnych dorodnych prawdziwków, w czym na tym „odcinku specjalnym” prym wiódł pan Józef.

Po dojściu do samochodu uznaliśmy, że te ponad 3 godziny to zdecydowanie zbyt mała dawka grzyboadrenaliny, jak na nasze organizmy. Forelowie zaproponowali, byśmy odwiedzili miejsce, w które zawiodłem ich dwa lata temu, podczas pierwszego Bieszczadzkiego Grzybobrania (ze względu na znikomą frekwencję z 2005 r. – ja, Piotrek, Asza, Janusz i Forelowie – CNN nie podawało tej informacji na pasku u dołu ekranu). Dojechaliśmy więc do wsi Kalnica, by po minięciu rezerwatu „Olszyna Łęgowa Kalnicy” odbić na północ, dojeżdżając do końca drogi, którą nie wolno było jechać osobom nie mającym willi na szlakach górskich. Ruszyliśmy przed siebie, mając nadzieję, że las obdarzy nas równie obfitymi zbiorami, co przed dwoma laty (wtedy to znajdowaliśmy w tym rejonie sporo prawdziwków i koźlarzy). Niestety, tym razem to miejsce nas zawiodło (znajdowaliśmy głównie opieńki, których nikt z nas nie zbierał) i wkrótce wróciliśmy do Wetliny.

Mimo to, pierwsze miejsce sprawdziło się na tyle, że z czystym sumieniem mogę uznać, że warto było tego dnia ruszyć żółtym szlakiem na Jawornik. Krótko mówiąc: czasem nie warto szukać daleko, skoro to, czego szukamy, mamy tuż pod nosem.


Jarek



Ciąg dalszy nastąpi........

                                                  Komentarze

 
24 Czerwca 2017
Sobota
Imieniny obchodzą:
Danuta, Dan, Danisz,
Emilia, Jan, Wilhelm
Do końca roku zostało 191 dni.
Grzybland Na Facebooku
Konkursy
Logowanie
Login

Hasło

Zapamiętaj mnie
Nie pamiętasz hasła?
Nie masz konta? Załóż je sobie
Kiedy na grzyby

showMoon()
Gościmy
Aktualnie jest 668 gości online