Grzyby-Start arrow Linki
WIOSENNY ZLOT MIŁOŚNIKÓW GRZYBÓW
 Uczestnicy spotkania
Galeria foto - Wacław Galeria foto Amiś - Zdobywcy Babiej Góry
Galeria foto Asza - Majowe spotkanie Galeria foto Dorota - Zlotowo - odlotowo
Galeria foto Asza - Grzybobranie Galeria foto Dorota - Zdobywcy Babiej
Galeria foto Asza - Wieczoram Galeria foto - Zibi
Galeria foto Asza - Grzybowy nos Galeria foto - Adrian
Galeria foto Asza - Prezentacje Galeria foto Amiś - Zlot od kuchni
Galeria foto - Marjan Galeria foto - Forel
Galeria foto - Ted Galeria foto - Urania

  Relacja specjalna-Impresje Jarka

W przepięknych dniach 1-3 maja roku Pańskiego 2007 na Wiosenny Zlot Miłośników Grzybów z całej Polski zjechała przesympatyczna brać grzybowa do urokliwego zakątka Słowacji Slanej Vody. Widok, jaki roztaczał się wokół na powitanie przybyłych rekompensował wszelkie niedogodności i trudy podróży. Z lekka jeszcze ośnieżone szczyty Babiej Góry i Pilska górowały nad doliną i dodawały miejscu zlotu powagi, majestatu, spokoju i radości. Ten widok oglądany w promieniach słońca sprawiał, że oczywistą rzeczą stawało się, że Zlot będzie udany. Oczekiwaliśmy z niecierpliwością chwil, w których przyjadą kolejni uczestnicy, a kiedy już przybyli, rozmowom i śmiechom nie było końca... Trzy dni spędzone w tej przeuroczej dolinie obfitowały w niezapomniane chwile.

Część I- napisał Amiś- Zdobywcy Babiej Góry

Część II- napisał Wacław- Konkurs o tytuł Najlepszego Grzybowego Nosa 

Część III- napisał Foczkolak- Prezentacje, pokazy i filmy 

Część IV- napisał Jarek- Grzybobranie 

Cześć V-napisała Mglejarka- Zlot od kuchni 

Część VI-napisała Urania- Wieczory przy ognisku 

Ciąg dalszy nastąpi po następnym zlocie.......

         ZDOBYWCY BABIEJ GÓRY

    Moim zadaniem jest napisanie relacji ze „Słonowodnego” szczytowania na Babiej Górze. Siadam więc przy klawiaturze (rym zupełnie przypadkowy) i staram się sklecić kilka zdań.

    GÓRA, doskonale czasami widoczna z krakowskiego mieszkania , wabi swoim majestatem. Zda się, że naigrawa się z obserwatora, chowając się za woalem z mgły, jakby chciała powiedzieć, że jest niezdobyta.

    Taką też i była przez ostatnie trzydzieści jeden długich lat. Wtedy byłem na niej po raz pierwszy i zarazem ostatni.

    Długo przed naszym Zlotem wiedziałem, że muszę ją zdobyć ponownie. Najlepiej biegiem i „bez trzymanki”. Wszak ciągle jestem młody i „mogę wszystko”, a to każdy samiec ciągle musi sobie udowadniać. Szczególnie taki, którego mit męskości przypalił się nieco na wieczornym ognisku.

    Termin ataku został wybrany na drugi dzień naszego pobytu w Slanej Wodzie. Wymarsz ustalono na godzinę 9.30. Dziesięcioosobowa grupa śmiałków stawiła się w komplecie przed schroniskiem. Zibi, znany z ilości gadżetów jakie nosi przy sobie, wynajął nawet „Szerpa”, aby nosił całe to jego niezbędne wyposażenie. Padła propozycja, aby część z 8,5 kilometrowej drogi na szczyt przebyć autem. Kilkoro zdobywców skorzystało z tej propozycji. Jednak najtwardsi z twardych odrzucili ją ze wstrętem i punktualnie o 9.30 „dali w długą”. Od tej chwili zaczęła się walka z własnymi słabościami i z nieubłaganie płynącym CZASEM.

    Lekko pnącą się pod górę Aleję Hviezdosławowa (słowacki poeta) pokonaliśmy szybkim marszem. Rzut oka na muzeum biograficzne tego poety (tylko rzut – wszak goni nas „CZAS”), opuszczamy bity trakt i zagłębiamy się w las. Nachylenie szlaku się zwiększa, podobnie jak częstotliwość naszych oddechów. Staramy się utrzymać tempo, gdzieś tam przed nami są ci, którzy podjechali autem. Ich dogonić po prostu potrzeba!

    Monotonnie na dżipsie przeskakują cyferki na liczniku wysokości. 800, 900, 1000. Na naszej trasie słychać szum. To strumień. Zajęty wyborem najłatwiejszej drogi, nie zauważam nieco ukrytego z boku wygodnego mostku i skacząc przez kolejne kamyki moczę suche dotąd wnętrze buta. W ślad za mną dużymi susami bieży Dorota. Adrian zauważa mostek i wygodnie za jego pomocą przeprawia się na drugą stronę.

    Uff! Tu szlak idzie ostro w górę. Zaczynam sapać jak miech kowalski, ale staram się utrzymać tempo. W dali przed nami migają kolorowe kurtki tych, którzy podjechali autem. Odległość między nami się zmniejsza. Jest dobrze! I tak trzymać! Po kilku minutach równamy się z nimi. Obowiązkowa wymiana uprzejmości. Kilka łyków wody dla Zibiego – jego „Szerp” został daleko w dole i już drzemy dalej do góry, wyprzedzając resztę. Staram się nadążyć za Dorotą, której, jak się zdaje, nie dotyczy grawitacja. Wystarczy, że wyprzedza mnie na koniu.

    Miejscami leży śnieg. Na szczęście jest twardy i nogi się nie zapadają. 1297m- pierwsza „budka schroniskowa”. Kilka słów do Księgi Pamiątkowej (tak! Słowacy takie mają), spojrzenie w tył na Jezioro Orawskie i trzeba iść w górę. Z prawej strony strumyczek.

    My musimy do góry, a on ma ciągle na dół. Ale mu dobrze. Wzdłuż strumyka, na granicy wody i powietrza zamarznięte, lodowe twory przypominają, że noce jeszcze zimne. Zdjęcia będą w drodze powrotnej (CZAS!). Podejście w dalszym ciągu strome. Lekko drżą mi nogi, ale poddać się nie zamierzam.

    Kolejna „budka” i tablica informacyjna „Co tu kwitnie”. Konkluzja: Słowacy bardzo starannie przygotowali szlak. Moment odpoczynku i kilka łyków „Kofoli”. Patrzymy w dół. Widać Tatry, jezioro i schronisko w Slanej Wodzie.

    Słońce bardzo starannie wykonuje swoją pracę. Idealnie niebieskie niebo przecinają jedynie ślady spalin z samolotów i pojedyncze obłoki. 1500m npm. Widoczność wspaniała. Na naszej trasie śniegu coraz więcej. Nie ma już drzew. Pozostała kosodrzewina. „Amisiowa” czapeczka jest cała mokra, jednak zdjąć się jej nie da. Wieje lekki wietrzyk i mrozi łysą pałę. Szlak zmniejszył nachylenie, więc można przyspieszyć. Wpatruję się w ekran dżipsa starając się obliczyć jak daleko jeszcze do szczytu. 1600m. Zaczynają się schody . Stopnie ułożone z kamiennych głazów prowadzą wśród kosodrzewiny w górę. Z oddali, od strony szczytu dobiega gwar. To inni „zdobywcy” głośno komentują swoje wyczyny.

    Na wysokości 1700 m, zaledwie 25m od szczytu „zalegamy” na warstwie suchego mchu. Jest 12.12 i w miarę duża odległość od innych przedstawicieli naszego gatunku. Weszliśmy na szczyt osiemnaście minut przed czasem deklarowanym na drogowskazach – czyli nie czas jeszcze umierać!

    Odpoczywają nogi. Odpoczywa wzrok błądząc po odległych szczytach i dolinach. Oddajemy się marzeniom: jak dobrze byłoby mieć lotnię i po prostu sfrunąć ku doskonale widocznemu schronisku w Slanej Wodzie.

    Ile jednak można leżeć? Czekając na pozostałych włóczymy się po szczycie focąc kolejne widoki . Niestety! Wszędzie towarzyszy nam gwar.

    Nadchodzą: Urania z Łukaszem, Adrian i Zibi, który z wdziękiem górskiej kozicy pokonał ostatni odcinek drogi. W ślad za nim tuptała Kropka. Swoją drogą to jestem dla niej pełen podziwu. Ona musi mieć chyba atomowy napęd z turbo- dopaleniem!

    Dorota, słowami: ciepło – zimno kieruje Uranię w miejsce schowania „ssskarbu” - czyli Marjanowej Piątki. Skarbu nie ma! Zaczynamy wszyscy pomagać Uranii w przerzucaniu kolejnych kamieni i używając słów z „Kubusia Puchatka”: im bardziej szukaliśmy, tym bardziej Marjanowej Piątki nie było. Po prostu ktoś ją „spazerniaczył”!

    Nieco przekręcając znane powiedzenie: „Niech pazerniakowi ta kolacja za Marjanową Piątkę kupiona w przełyku stanie, a jak już ją zjadł, to niech mu rozerwie żołądek”!

    Chwilą ciszy czcimy tych, którzy wrócili z drogi do szczytu. Chwała im za to, że próbowali.

    Nadchodzi 13.15. CZAS wyruszyć w dół. Jeszcze krótka sesja fotograficzna z Zibim jako modelem w śniegowym podłożu i biegniemy w dół. Nogi na razie nie bolą i biegnie się lekko. Teraz już zmniejszamy wysokość we trójkę – dołączył do nas Adrian.

    Postanawiamy zrobić przerwę na sesję fotograficzną pt: „Twardzi faceci w kąpielówkach” My pozujemy, Dorota foci. Sielankową atmosferę zakłóca okrzyk: „Zibi nadchodzi”. Nie ma uproś – trzeba się zbierać i uciekać Zibiemu.

    Zaczynają boleć palce od tego „schodzenio – zbiegania”. Trudno! Rzucam okiem na czasomierz. Mamy szansę wrócić ze szczytu za dwie godziny, czyli godzinę przed terminem. Jaka to wspaniała rzecz na uczczenie majowego święta!

    Grupa podejmuje zobowiązanie i schodzimy coraz prędzej. Szybko uwieczniamy lodowe, strumykowe stwory i cały czas drzemy w dół. Adrian poważnie nas wyprzedza. Myślimy, że pierwszy chce dotrzeć do schroniska. On jednak wykorzystał minuty przewagi na odpoczynek na mostku . Razem „spadamy” dalej w dół. Na końcu czeka nas jeszcze „Aleja Hviezdoslavova”. Barrrdzo długa prosta! Ona po prostu nie ma końca i jest o wiele dłuższa niż rano. Ostatnie kilkaset metrów „robimy” idąc skrótem po zboczu koło ołtarza polowego. Okazuje się, że była to „jedynie słuszna decyzja”, bo kilkanaście sekund później, o 15.16 przed schronisko zajechali automobilem pozostali zdobywcy.
 

My jednak byliśmy pierwsi!

 

    Regeneracja sił nastąpiła dopiero w wieczornej saunie, przerywanej kąpielami w słonej i zimnej wodzie basenu. Grzaliśmy tak (nie tylko piecyk elektryczny w saunie), że aż brakowało prądu w całym ośrodku i Asza musiała szukać elektryka.

    Kończąc, zachęcam wszystkich do walki z GÓRĄ i własnymi słabościami. Wprawdzie trochę bolą kulasy po zejściu, ale za to „dusza śpiewa”

AMIŚ 

                           KONKURENCJA O TYTUŁ GRZYBOWEGO NOSA

 Rywalizacja i konkurencja zawsze była czynnikiem podnoszącym jakość i doskonalącym umiejętności. Mając to na uwadze Wielki Grzyb i Tajna Rada Starców postanowili, że brać grzybowa również musi podlegać takiej obróbce.

W tym celu został zarządzony I Ogólnopolski Konkurs na Nos Grzybiarza / w następnym etapie będzie miał zasięg europejski, a docelowo międzygalaktyczny/.

Uczestnictwo w konkursie było dobrowolne, aczkolwiek próby dezercji gaszone były w zarodku.
Zadaniem uczestników konkursu było wałęsanie się po określonej części lasu i zbieranie wszystkiego, co ich zdaniem przez organizatorów mogłoby być zakwalifikowane jako grzyb i przemyślnie przez nich ukryte.
W rolę tropicieli wcieliło się jakieś 70% ogółu uczestników spotkania, pozostałe 30% stanowiła Wysoka Komisja konkursowa i samozwańczy obserwatorzy, którzy z uwagi na zaburzenia błędnika w uchu środkowym i brak gps-ów nie zdecydowali się zagłębić w leśne ostępy.
Co rusz któryś z zawodników zgłaszał do Wysokiej Komisji swoje znalezisko, a to pomarańczową zakrętkę od butelki/koźlarz pomarańczowy/, a to czerwoną zakrętkę od słoika / czarka szkarłatna/, oczywiście wszystkie te wynalazki przez Komisarzy były odrzucane.

Po wyzbieraniu wszystkich śmieci w okolicznym lesie przyszedł czas na „prawdziwe” konkursowe grzyby, przepięknej urody borowikopodobne grzybki styropianowe /dostarczone przez Wielkiego Grzyba/

Po dokładnym policzeniu, zmierzeniu i zważeniu znalezionego urobku Wysoka Komisja ogłosiła werdykt.

W kategorii styropian:

- I miejsce egzekwo przypadło w udziale Stasi i Zibiemu po dwa styropiany

Po jednym styropianie znaleźli:

Anja, Mikołaj, Pani Krysia, Marjan, Benia,Igor i Kamil.

Po powrocie na miejsce popasu Wysoka Komisja uroczyście wręczyła zwycięzcom ufundowane przez siebie stosowne nagrody.

Biorąc pod uwagę założenia, cel konkursu został osiągnięty tj. brać grzybiarska osiągnęła wyższy stopień zintegrowania, udoskonaliła techniki poszukiwawcze, a co najważniejsze dobrze się bawiła.
Wobec tak pozytywnych rezultatów Wielki Grzyb i Rada Starców powzięli decyzje o kontynuowaniu takich konkursów w przyszłości.

TYTUŁ NAJLEPSZEGO GRZYBOWEGO NOSA ZDOBYLI STASIA I ZIBI !!!

Ps.

Przed konkursem głównym, zaraz po śniadaniu w ramach rozgrzewki, uczestnicy spotkania mieli okazje na terenie ośrodka spróbować swych sił w odnalezieniu ukrytych przez organizatorów grzybów hodowlanych, shiitake i boczniaka eryngii./ grzyby dostarczone przez Gałązki z Patyków/

W tej konkurencji zwycięzcami byli: Pani Krysia, Urania i Kamil.

WACŁAW 

                                
                                     PREZENTACJE, POKAZY I FILMY

 Pierwszego wieczora miał odbyć się wykład o Patykowych grzybach hodowlanych. Niestety, Czarek uległy na wdzięki niewieście, poddał się namowom Agaty(Urania) i zamiast o grzybach, co przyziemnym są tematem, głowy wznosiliśmy ku niebiosom, by obserwować skrzydlate stwory.
Anielska uroda wykładającej i podniebny temat wykładu sprawił, iż wszyscy poczuliśmy się bliżsi chmurom... Krótka instrukcja dotycząca obserwacji i rozpoznawania ptaszków, oparta na całej masie przykładów(piękne zdjęcia ptaków w locie), sprawiła, iż następnego dnia wszyscy chodziliśmy z głową w chmurach.
Przysięgłam sobie, że dam pstryczka w nos Patykom, którzy z uporem maniaka zakłócali wypowiedź Uranii, ale po przemyśleniu stwierdzam, że mogło im - diabelskim stworzeniom, być nieswojo w obliczu tak niebiańskiej treści. Wykład został przerwany wejściem aMisów przebranych za foki (przypuszczam), że była to pierwsza przymiarka do prezentacji ciała, niestety zbyt skupieni byliśmy na wykładzie, by wykazać swoją dezaprobatę, co okazało się przynieść fatalne rezultaty wieczorową porą...
Agatko, dziękuję w imieniu wszystkich słuchających. Obudziłaś we mnie ciekawość podniebnych istot, więc postanawiam trochę doczytać.
Kolejnego wieczora słuchaliśmy o grzybkach z farmy w Grand Tweeks'ach . Prezentacja wykonana przez Krzysia Patyka powaliła swoim profesjonalizmem, jak zwykle zresztą Krzyś stanął na wysokości zadania:)) Pierwszy raz słyszałam Czarka w roli inspicjenta i przyznam, że brzmi zaskakująco dobrze. O grzybach shiitake i reishi wiem już dużo, ale i tak z przyjemnością słucham opowieści o tym, jak szokować kostki prądem (a ja żeby zszokować rodziców włosy obcinałam..), albo opowieść o najstarszym ćpunie/grzybiarzu odnalezionym gdzieś w górach... Krótko zwięźle i na temat.

Dwa dni zlotu i już wiem co ujrzę jak w górę spojrzę i co jak glebę zaliczę. Dzięki wykładowcy!

Foczkolak

Na koniec zaskoczył i rozweselił nas Mikołaj wyświetlając krótki komediowy film archiwalny z 1902 roku, pokazujący zdobywanie przez ludzi księżyca, na którego powierzchni rosły przepiękne okazy grzybów nieznanych gatunków.

                                              GRZYBOBRANIE

 Grzybobranie” – tak brzmiał oficjalny powód majowego spotkania w Slanej Vodzie a także temat, na który przypadło mi napisać swoją relację. Zacznijmy więc od początku.
Już pierwszego dnia, gdy pierwsze kilka osób dotarło na miejsce spotkania, pojawiła się możliwość znalezienia grzybów. Warunek był jeden: ruszyliśmy w „pewne miejsce” dopiero po złożeniu obietnicy, że ze smardzowej dolinki wyniesiemy jedynie miłe wspomnienia oraz zdjęcia. Smardzom darowaliśmy natomiast jeszcze jeden dzień życia – miały zostać zebrane dopiero następnego dnia, gdy wszyscy dotrą już na zlot. „Pewne miejsce” rzeczywiście nie zawiodło – wśród lepiężników kryły się piękne miodowe plastry umieszczone na śnieżnobiałych kolumienkach… takie przynajmniej skojarzenie nasunęło mi się, gdy zobaczyłem te piękne grzyby po rocznej przerwie. Sądzę, że osoby, dla których taki widok był nowością, odczuwały podobne emocje.
Drugi dzień powitaliśmy już w pełnym składzie. Po śniadaniu ruszyliśmy pieszo do pobliskiej dolinki, gdzie grzybowi nowicjusze mieli okazję przejść smardzową inicjację – wszystkim się to udało. Tym razem embargo na koszenie smardzów zostało zniesione i każdy, kto znalazł swój leśny skarb, mógł bez skrupułów przygarnąć go w swe ręce. Z gardeł grzybomaniaków co chwila rozlegały się okrzyki: „Mam!”, „Znalazłam!”, „Jest!”.
Nie był to jednak koniec – po krótkiej przerwie, podzieliliśmy się na dwie grupy. Pierwsza ruszyła do wczorajszej, sprawdzonej dolinki. Reszta osób podjęła natomiast wyzwanie spenetrowania terenów niesprawdzonych.
Do sukcesów grupy pierwszej można zaliczyć obfite zbiory smardzów, które następnego poranka wzbogaciły jajecznicę, natomiast grupa druga zadowoliła się miłym – acz bezowocnym – spacerem po uroczych dolinach. Cóż, grając w ciemno nie zawsze się wygrywa ;)
Trzeci dzień upłynął na konkursach oraz degustacji pysznej, grzybowej zupy przyrządzonej przez Martę (Mglejarkę). Zakończył się wyjazdem większości uczestników – czwórka najbardziej wytrwałych została dzień dłużej, korzystając z pięknej pogody i uroczych widoków słowackiej Orawy.
Podsumowując: chyba nikt spośród „nowicjuszy” nie opuścił spotkania bez znalezienia smardza, wszyscy natomiast doskonale się bawili, za co organizatorom oraz uczestnikom należą się OGROMNE PODZIĘKOWANIA!
Jarek

                                                    ZLOT OD KUCHNI

 Ważną częścią naszego pierwszego wspólnego spotkania były kulinaria.Wszystko zaczęło się od przygotowania zaplecza czyli wyprawy Beny i Amisia do jednego znanego supermarketu w Krakowie, gdzie wyżej wymienieni zakupili produkty ( oczywiście po korzystnej cenie ) na dwa ogniska.Dzień wcześniej w jednej kuchni tyskiej i dwóch krakowskich pełną parą trwało pichcenie różnych potraw
Inni szperali po własnych spiżarniach i wyciągali co lepsze marynaty na zlot, a jeszcze inni kosili grzyby z kostek
Podczas pierwszego ogniska konsumpcji uległy : chlebki i pasztety grzybowe, rozliczne marynaty oraz oczywiście pieczone kiełbaski. Wszystko przekąszane konserwowymi ogóreczkami produkcji Mikołaj, Ted.

Podczas drugiego dnia pobytu każdy kto wszedł do nas do domku zostawał natychmiast angażowany do mieszania kapusty z grzybami w wielkim garze gdyż panie miały pełne ręce roboty. Zajmowały się dźganiem kiełbasy, czyszczeniem i krojeniem smardzy, odkrawaniem trzonków od shiitake oraz porcjowaniem przepysznych, własnoręcznie upieczonych przez siebie ciast.

 Dnia trzeciego przesmażone smardze oraz jajka zostały oddane w ręce pani kucharki, która w wielkim garze przygotowała dla nas wspaniałą jajecznicę.
Tu muszę dodać, że przypomniałam wszystkim o przestrzeganiu prawa tzn., że smardze muszą być skonsumowane na miejscu , gdyż nie można ich przewozić przez granicę państwa, a „życzliwych typu uprzejmie donoszę” nie brakuje ;)
Na obiad forumowicze mogli raczyć się świeżo przygotowaną zupą grzybową z boczniaków eryngii i shiitake, którą wykonałyśmy już własnoręcznie
 Reasumując, na zlocie mieliśmy okazję skosztować 6 grzybowych potraw, a były to :

- grzybowe pasztety

- grzybowe chlebki

- kapusta z grzybami

- jajecznica ze smardzami

- zupa grzybowa

- marynaty grzybowe

Od kuchni” wystąpili : Asza, Stasia, Bena, Mikołaj, Ted, Czarek, Krzysztof, Zibi, Amiś, a między nimi plątała się moja skromna osoba ;)

Serdecznie dziękujemy wszystkim dostawcom, wykonawcom i producentom tych mniamniuśności !
Mglejarka 

                                            WIECZORY PRZY OGNISKU

 Oba wieczory podczas Zlotu zakończyły się wspólnym ogniskiem. 1 maja panowie z pomocą Doroty i Krysi w pocie czoła nazbierali drzewa i wystrugali patyki. Ognisko rozpoczęło się degustacją pysznego pasztetu grzybowego Aszy i oryginalnego chlebka z grzybami Mglejarki. Nie zabrakło oczywiście też marynowanych specjałów: borowików ceglastoporych, boczniaków i rydzy. Niemal przez cały czas trwania ogniska Janusz grał na gitarze i śpiewał. Co jakiś czas zastępowała go w tym Nina. Wspólnie usiłowali zachęcić wszystkich do śpiewania, choć trudno było znaleźć piosenkę, którą wszyscy by znali. Mglejarka wręczyła Aszy nagrodę za zdobycie I miejsca w konkursie fotograficznym na wielkanocno-grzybową kompozycję. Przy dźwięku gitary, wpadających do ogniska kiełbaskach i piwie, wszyscy bawili się znakomicie, mimo iż nocny ziąb dawał się we znaki.

Drugi ogniskowy wieczór obfitował w szereg atrakcji. Pierwszą z nich była kapusta z grzybami Aszy. Na gitarze grał Igor umilając wszystkim zabawę znanymi utworami. Nie zabrakło oczywiście kiełbasek i słowackiego piwa. Przy ognisku były też prezenty i nagrody. Zibi wręczył Monice (Foczkolakowi) skrzyneczkę pełną tajemnic (grzybowo-alkoholowych). Marjan obdarował specjalnymi plecaczkami (oczywiście z przeceny w Tesco!Tongue out) Zibiego – żeby miał w czym nosić cały swój niezbędnik grzybiarza i Krzysia (Crop Keepera). W plecaczkach znajdowaly się różne niespodzianki (np. piwo – oczywiście z TescoTongue out). W tym czasie Amiś i Cyprian opróżniali garnek z resztek przysmaku Aszy. Pod koniec wieczoru mogliśmy za to podziwiać ruchomy posąg Dawida w wykonaniu Amisia.

Urania 

 

To było naprawdę ekscytujące spotkanie, wrażeń i atrakcji moc, nie starczyło tylko czasu na nudy. Pogoda dopisała nam na szóstkę, smardze, czarki, piestrzenice i szyszkówki mimo suszy wyrosły, poznaliśmy w realu nowych ludzi, odwiedzili nas Ewa, Antek i Vinc z rodzinami, mogliśmy patrzeć tylko na uśmiechnięte twarze, czegóż chcieć więcej?
Dziękujemy wszystkim uczestnikom za te kilka wspólnie spędzonych dni. Nie wymieniając imion (należałoby wymienić większość) dziękujemy tym, którzy pomagali w przygotowaniach, rozpoznaniu terenu, przygotowywali ognisko, pichcili potrawy, wzajemnie rozbawiając się do łez.
Podczas burzliwych dyskusji wybraliśmy Wielkiego Grzyba.
Już dzisiaj nie możemy doczekać się następnego spotkania.

Asza


Tak się złożyło, że dzięki życzliwym „przyjaciołom”, zrobiliśmy wykład celnikom na temat występowania wiosennych grzybów. W drodze powrotnej do Polski, zapytani na granicy o to, czy przewozimy grzyby, z uśmiechem otworzyliśmy samochód, wszak znalezione smardze zostały zjedzone w jajecznicy.

                                                      Komentarze

  Ciąg dalszy nastąpi po następnym zlocie.......
 



26 Kwietnia 2017
Środa
Imieniny obchodzą:
Artemon, Klaudiusz,
Klet, Marcelin,
Marcelina, Maria,
Marzena, Spycimir
Do końca roku zostało 250 dni.
Grzybland Na Facebooku
Konkursy
Logowanie
Login

Hasło

Zapamiętaj mnie
Nie pamiętasz hasła?
Nie masz konta? Załóż je sobie
Kiedy na grzyby

showMoon()
Gościmy
Aktualnie jest 1641 gości online