Grzyby-Start
Lubelski mikro-zlot Czarownic
Napisał Elma   
czwartek, 16 lipiec 2009

Foto galeria

 Zaledwie tydzień wcześniej złożyłam zapotrzebowanie na krakowski deszcz a już na pomoc ruszyła Mglejarka. Zapakowała do swojego pojazdu kilkanaście burzowych chmur i niczym błyskawica ruszyła z nimi w kierunku Lublina podlewając przy okazji wszystkie mijane po drodze miejscowości. Ja natomiast zapakowałam w ogromny karton wielkie, gorące słońce i wysłałam umyślnym do królewskiego miasta. Mam nadzieję, że doszło … ? :)

Myślałam, że Marta będzie bardzo strudzona po podróży, ale nie. Nakarmiłam ją tylko i … ruszyłyśmy do lasu w Jawidzu nie bacząc na to, że słońce chyliło się już ku zachodowi. Chciałyśmy dokładnie obejrzeć teren, w którym Michał pozyskuje tyle różnorakich dobroci. Mimo że pomału robiło się ciemno udało nam się znaleźć kilka pieprzników bladych, kilka zajączków a z czerwonolistnych – piaskowca modrzaka oraz „wynalazek” długotrzonkę popielatą., której Marta następnego dnia zrobiła piękne macro-foty. Gdy dotarłyśmy do domu było już zupełnie ciemno. Ponieważ następnego dnia zaplanowałam wycieczkę po Lublinie położyłyśmy się wcześnie spać (ok 23.00), marząc o tym aby cały przywieziony z Krakowa deszcz wylał się na Lublin w nocy.

(mój kot Marty nie zna)

Ranek przywitał nas jednak pięknym słońcem. Ruszyłyśmy więc „w miasto” we trzy – Marta, ja i … moja laska :P. Na pierwszy ogień poszła Starówka. Długo chodziłyśmy uliczkami focąc ciekawą architekturę starych domów i podziwiając z ogromnej skarpy panoramę Zamku Lubelskiego. Jednocześnie z niepokojem obserwowałyśmy niebo,  które powoli zasnuwały CZARNE CHMURY. Zanim spadły pierwsze kropeleczki deszczu udało nam się jeszcze zwiedzić Zamek, pospacerować po jego ogromnym dziedzińcu i zrobić kilka ciekawych zdjęć. Kolorowe kamieniczki Starego Miasta na tle ciemnych chmur wyglądały  naprawdę zjawiskowo. Nagle stał się cud... Chmurzyska nagle zaczęły się pośrodku rozrywać i zobaczyłyśmy jasne niebo. Część z nich powędrowała na lewo a druga część na prawo i za chwilę znowu zaświeciło słońce. Zwiedzanie zakończyłyśmy w małej, uroczej knajpce popijając pyszną, mrożoną kawę.... :) Wróciłyśmy do domu pełne wrażeń (kot daje się Marcie pogłaskać...)

Szybki niamniamek i znowu w plener. Tym razem pojechałyśmy nad Zalew Zemborzycki. Najpierw  podziwiałyśmy jego piękno od strony „Mariny”. Woda wydawała się w zachodzącym słońcu granatowa, na niej przepięknie wyglądały białe żaglówki. Nad brzegiem siedzieli rybacy i chyba z lekkim zdziwieniem przyglądali się nam, dwóm babom focącym dookoła wszystko co się rusza ...(i nie tylko). Potem pojechałyśmy na przeciwległą stronę Zalewu, od strony lasu podziwiać chylące się nad wodą słońce. Marta z poświęceniem, leżąc w wilgotnej już trawie fociła kaczuchy a ja fociłam leżącą  Martę … Po tej niespodziewanej sesji wdrapałyśmy się na niewielki pagórek, ustawiłyśmy statywy, aparaty i czekałyśmy na dogodny moment na sfocenie zachodu. Ale zamiast słońca zobaczyłyśmy ponownie CZARNE CHMURY, które wkrótce zasłoniły wszystko. W oddali nad Lublinem szalała burza... Cóż, zwinęłyśmy manatki i postanowiłyśmy wracać. Nic tu po nas.... (kot łasi się do Marty)

Następnego dnia pogoda od rana była wilgotna, ale nic to. Zabrałyśmy płaszcze przeciwdeszczowe i ruszyłyśmy do lasu do Rudki. Ok 500 m przed lasem nagle STOP! - roboty drogowe. Brak przejazdu. Ale co to dla harcerza! Pojechałyśmy okrężną drogą na azymut (czytaj: wyczucie) i dotarłyśmy dokładnie tam gdzie chciałyśmy. Wyjazd się opłacił. 8 borowików szlachetnych, masa kurek, kozaki, gołąbki, muchomory czerwieniejące i różnorakie wynalazki to plon zaledwie 1,5 godziny. Później musiałyśmy uciekać z lasu. Z daleka słychać było nadciągającą burzę. Dobiegłyśmy do samochodu w strugach deszczu. Gdy dojechałyśmy do Lublina znowu świeciło słońce, ale widać było po ogromnych kałużach, że i tu polało zdrowo. (Kot wyczyścił Marcie buty....)

 Po obiadku było jeszcze sporo czasu do wieczora ruszyłyśmy do MOJEGO lasu już na piechotkę. Nawet tutaj znalazłyśmy kilka kozaczków grabowych, zajączków a w rezerwacie „Stasin” brzozę porośniętą prawie do połowy boczniakiem płucnym i … całe stada sromotnika bezwstydnego, który tutaj jest pod ochroną.

Kolejny dzień to zwiedzanie lubelskiego Skansenu, który jest bardzo malowniczo położony, ale o tym nie będę pisać. Będzie na ten temat zupełnie nowy news.

 Po południu Marta postanowiła trochę wyżyć się kulinarnie i stworzyła super fajne grzybowe danie z ryżem robiąc przy tym w kuchni totalną demolkę... Gdybym wiedziała wcześniej, że mi zrobi taki bałagan, nigdy bym jej do mojej kuchni nie wpuściła … hi, hi, hi …

No cóż, trudno. Żarełko było za to wspaniałe – nawet Krzysiek pochłonął podwójną porcję! (Kot nie może się już od Marty odczepić...)

Kolejny dzień to znowu las, tym razem pojechałyśmy (już bez przygód) w Lasy Kozłowieckie do Kamionki. Teren jest tu prześliczny i bardzo różnorodny. Tutaj nazbierałyśmy ogromną ilość kurek, koźlarze (w tym czerwone)  oraz natrafiłyśmy na różne „wynalazki”, które również pozyskałyśmy „do celów naukowych”. Trafiłyśmy też młodego Murszaka rdzawego. Marta zrobiła mu kilka fotek. Objadłyśmy się też czarnymi jagodami i poziomkami, których jest tu niezliczona ilość. Po południu natomiast zwiedziłyśmy moja dzielnicę udając się na długi spacer. (Kot śpi z Martą)

Wszystko co dobre i miłe szybko się kończy. Następnego dnia musiałyśmy się pożegnać. Marta pojechała w dalszą drogę do Przemyśla. (Kot siedział na parapecie okiennym i tępym wzrokiem wpatrywał się w szybę …)

No cóż – do następnego razu.....

Elma

                                                          Komentarze

11 Grudnia 2017
Poniedziałek
Imieniny obchodzą:
Damazy, Daniela,
Julia, Stefan,
Waldemar, Wojmir
Do końca roku zostało 21 dni.
Grzybland Na Facebooku
Konkursy
Logowanie
Login

Hasło

Zapamiętaj mnie
Nie pamiętasz hasła?
Nie masz konta? Załóż je sobie
Kiedy na grzyby

showMoon()
Gościmy
Aktualnie jest 678 gości online oraz 1 użytkownik online
  • Coffeeseem