Grzyby-Start arrow Kronika Grzyblandu arrow Zlot na Św. Piotra - Międzybrodzie Bialskie 3-5.VII.2009
Zlot na Św. Piotra - Międzybrodzie Bialskie 3-5.VII.2009
piątek, 10 lipiec 2009
Zlot na Św. Piotra to już tradycja. W tym roku  przełożony na początek lipca, odbył się w Międzybrodziu Bialskim. Miejscowość ta położona jest na zachodnim brzegu Jeziora Międzybrodzkiego, w powiecie żywieckim województwa Śląskiego.  

 Lusi - Startujemy...

Po dziewięciu godzinach jazdy pociągami dotarłyśmy z Anią do Bielska Białej, gdzie na dworcu czekał już na nas niezawodny jak zwykle Mikołaj.
Korzystając z zaproszenia Ryśka ruszyliśmy do Świnnej. Po mocnej kawie i śniadaniu (menu ustalone telefonicznie tydzień wcześniej) ruszyliśmy do lasu w poszukiwaniu różnych wynalazków.
Celem nadrzędnym były borowiki ceglastopore i maczużnik główkowaty. Ceglaków udało nam się nazbierać, w międzyczasie fotografując różne grzyby. Niestety z braku czasu do maczużnika nie udało nam się dotrzeć i po ośmiu godzinach trzeba było zarządzić odwrót.
Nasz przewodnik Rysiu był trochę niepocieszony, bo z wytyczonej przez niego trasy, wykonaliśmy zaledwie 60% planu. Dla mnie - typowej "grzybiary z nizin" był to bieg przełajowy na czas Wink ale i tak było super!
Na miejsce zlotu do Międzybrodzia dotarliśmy zmęczeni, ale szczęśliwi, że znów możemy się spotkać w sympatycznym gronie. Mikołaja czekała jeszcze trasa do Bielska po Krysię, a mnie i Anię obieranie zebranych grzybów. Na szczęście dla nas obieraniem i czyszczeniem zajął się Zibi, dla którego dzień bez przetwarzania grzybów jest dniem straconym Wink - Zibi dzięki!
Potem było ognisko, pieczenie specjałów przygotowanych przez Martę (skrzydełek w miodzie z czosnkiem i karkówki w powidłach sliwkowych - palce lizać!), degustacja wyrobów i przetworów zlotowiczów - nie obyło się bez nalewek Mikołaja i Zibiego. Były śpiewy (brawo Kulki i Janusz) i rozmowy.

Następny dzień był równie ciekawy i miał tak napięty plan, że nie udało mi sie wstrzelić we wspólne pośniadaniowe grzybobranie Wink i opiszą je ci, którzy mieli okazję w nim uczestniczyć.
Ze zwiedzania browaru w Żywcu zrezygnowałam świadomie, ponieważ w Poznaniu też mamy niezły browarek, browar i Stary Browar Wink.

Urania - Grzybobranie...

Po przepysznym śniadaniu typu szwedzki stół większość (ta przytomna Wink) udała się na grzybobranie do pobliskich lasów. Oprócz typowego pazerniactwa, celem było znalezienie okazów na 3 mini konkursy: największy okaz kapeluszowy, najmniejszy okaz kapeluszowy i najdziwniejszy okaz kapeluszowy oraz na leśny kamuflaż. Hurtowych ilości grzybków nie było, ale każdy znalazł coś dla siebie. 

Mirka znalazła przepiękne śluzowce, oglądaliśmy jaja okratków australijskich, Zibi i Mglejarka kosili borowiki, a niektórym nawet udało się przypadkiem zakosić coś, czego nie powinni... Tongue out Jedynie znudzony długotrwałymi sesjami fotograficznymi Łukasz co po chwila "zmęczony powolnym chodzeniem" odpoczywał w cieniu wśród mrówek i kamieni...

Mikołaj - Szlakiem bursztynowo-złocistego płynu

Opisując ówczesne polskie tereny, na których osiedlił się legendarny protoplasta Lech  pisze Jan Długosz:
Wina i oliwy kraj ten dla ostrego północnego zimna nie ma; zamiast wina używa piwa, które robią z żyta, pszenicy i jęczmienia albo orkiszu

W sobotę 4 lipca po południu większość uczestników ruszyła na zwiedzanie Muzeum Browaru Żywiec oraz linii produkcyjnej tego znamienitego browaru.
Browar w Żywcu został założony w 1856 r. jako jeden z pierwszych i najbardziej znanych w kraju. Założycielem Browaru był arcyksiążę Albrecht Fryderyk Habsburg, który od 1847 r. był księciem cieszyńskim. Jako taki bardzo popierał rozwój przemysłu w tym regionie (m.in. huty w Ustroniu i Trzyńcu, tartaki parowe i wodne w Cieszynie i Jabłonkowie).

Arcyksiążęcy Browar w Żywcu nie był jednak pierwszym browarem w tym rejonie. Wcześniejszy został założony przez jego ojca Karola Ludwika Habsburga w roku 1846 w Cieszynie (obecnie Bracki Browar Zamkowy). Piwo z Cieszyna szybko stało się popularne nie tylko w Księstwie Cieszyńskim ale w całej monarchii habsburskiej. Zachwycony sukcesami tego browaru arcyksiążę Albrecht zdecydował się na budowę kolejnego w Żywcu.
Z okazji 150-lecia Browaru 9 września 2006 r. uruchomiono Muzeum Browaru Żywiec. Jest ono zlokalizowane w dawnych, wykutych w kamieniu piwnicach leżakowych Browaru i ma charakter bardzo nowoczesnej interaktywnej ekspozycji, w której, co ważne!, można swobodnie do woli fotografować i dotykać wystawionych eksponatów.
Za dużymi dębowymi wrotami, nad którymi znajduje się herb Habsburgów, rozpoczyna się trasa zwiedzania prowadząca przez 18 sal o łącznej powierzchni 1, 6 tys. m2, w których cofając się w czasie zilustrowano tradycyjną metodę warzenia piwa. Początek naszej wędrówki wyznaczyła Sala Trzech Żywiołów, która wprowadza w surowce do warzenia piwa: kłosy i ziarno jęczmienia, szyszki chmielu oraz woda źródlana, która od roku 1857 była doprowadzana ze źródeł Leśnianki wypływającej z góry Skrzyczne przy pomocy drewnianego wodociągu.

Od zewnętrznego otoczenia Salę tą oddziela swoista ściana wody przypominając, że jej krystaliczna czystość i odpowiednia mineralizacja SA największym skarbem tego Browaru. W Sali tej znajduje się również duża makieta zabudowań Arcyksiążęcego Browaru z przełomu XIX i XX w., przy czym większość dawnych zabudowań istnieje nadal choć pełni niekiedy inne funkcje.

Następnie weszliśmy do swoistego wehikułu czasu, który wśród huku i wibracji przeniósł nas, wraz z innymi zwiedzającymi, do… połowy XIX wieku prosto na bruk wąskiej uliczki gdzie z mroku wyłaniała się wiernie odtworzona sceneria i architektura dawnego galicyjskiego miasteczka.

I tak można było zaglądnąć przez małe okienka do szeregu pracowni i warsztatów, które w przeszłości pracowały na potrzeby Browaru. I tak zaglądnęliśmy kolejno do warsztatu stolarskiego, do bednarza – wytwórcy drewnianego atrybutu jakże charakterystycznego m.in. dla browarów. Dalej ulokowane były: pracownia architekta, sklep kolonialny, przedstawicielstwa handlowe oraz drukarnia etykiet na butelki z piwem oraz stosowanych już wówczas druków reklamowych mających zapewnić możliwie duży zbyt wytworzonego w Browarze dobra.


Wędrując dalej trafiliśmy do starej galicyjskiej karczmy z charakterystyczną dla ladą zwaną szynkwasem (od niemieckiego. Schenkfass, co oznacza beczkę służącą do rozlewania – piwa rzecz jasna). Można było doznać istnego zawrotu głowy oglądając choćby liczbę kufli przeróżnych kształtów i innych naczyń wykorzystywanych onegdaj do konsumpcji względnie do transportu niewielkich ilości piwa. A za ladą – karczmarz w charakterystycznym dla tego okresu stroju. Przemieszczając się dalej trafiliśmy do „serca” Starego Browaru – części Muzeum poświęconą aspektom technologicznym produkcji piwa w dawnych czasach. Prawie ze wszystkich stron kapała charakterystyczna, szlachetna czerwień… miedzi, z której od początków browarnictwa przemysłowego aż do jeszcze bardzo nieodległych czasów wykonywano absolutną większość kadzi, zbiorników i rurociągów. Pośrodku tej Sali znajduje się miedziana kopuła kadzi warzelnej z charakterystycznym dla niej kominem odprowadzającym nadmiar pary. Pod ścianami natomiast rozmieszczono m.in. wózki do słodu, kadzie do oddzielania i przemywania drożdży czy fragmenty pomp o napędzie parowym.

Mnie jako chemika na dłuższą chwilę zatrzymały elementy dawnego wyposażenia laboratoryjnego wykorzystywane do, jakbyśmy nazwali to obecnie, kontroli jakości surowców, półproduktów i produktów na poszczególnych etapach warzenia piwa. Swoją drogą pełnego znaczenia nabrało dla mnie określenie: „ale ktoś nam nawarzył piwa”, ale o tym później.

W drodze do kolejnego pomieszczenia minęliśmy ekspozycję m. in. dawnych cenników, druków listów przewozowych, rachunków, zamówień itp. Czas upływa również w trakcie wędrówek po ekspozycjach. I tak niepostrzeżenie znaleźliśmy się w okresie międzywojennym z którego to okresu pochodzi fragment stoiska Browaru na Targach Poznańskich z 1926 r. na którym wyeksponowano koronny produkt jakim było piwo typu „Porter”. O ile w technice warzenia piwa nic w zasadzie nie uległo zmianie, to można zauważyć istotne zmiany technikach dystrybucji złocistego płynu – w okresie tym pojawiły się fikuśne urządzenia służące do jakby „automatycznego” wyszynku piwa czy wreszcie nierzadko piękne w kształtach syfony z których lano strumienie płynu szlachetniejszego niż woda sodowa. Szybko przekonaliśmy się również, że nieodłącznym elementem dawnych uczt piwnych były kręgle. Nasz przewodnik nie musiał długo zachęcać nas by spróbować własnych sił. Niezawodny w tej konkurencji był Zibi, który jednym wprawnym ruchem „zdmuchnął” zdecydowana większość kręgli. Towarzyszącą nam cały czas atmosferę pewnej beztroski przerwał okres okupacji z towarzyszącym mu hukiem nalotów i eksplodujących bomb. Z okresem tym związana była też odtwarzana na telebeamach i przedstawiona piękną polszczyzną przejmująca relacja arcyksiężnej Marii Krystyny Habsburg – przedstawicielki ostatnich przed wojną właścicieli Browaru. W czasie wojny żywieccy Habsburgowie byli szykanowani przez Niemców. Nie wyparli się jednak polskości. Ojciec arcyksiężnej Karol Olbracht Habsburg nie podpisał volkslisty a podczas przesłuchań odparł hitlerowcom: "Właściwie należę do narodowości polskiej, jestem tylko niemieckiego pochodzenia. Z żoną Alicją mam wielką sympatię do ziemi żywieckiej i jej mieszkańców. Żona moja i dzieci również czują się Polakami". Tylko dzięki żonie, która szukała ocalenia dla męża u zaprzyjaźnionych z Habsburgami rodów hiszpańskich i szwedzkich, Karol Olbracht nie trafił do obozu koncentracyjnego. Po wojnie, gdy odebrano rodzinie browar i posiadłości żywieckie, władze komunistyczne pozbawiły wszystkich także polskiego obywatelstwa. Do 1993 roku arcyksiężna była bezpaństwowcem. Wtedy ponownie otrzymała polski paszport a powróciła na stałe do Polski z Davos w 2003 r. zamieszkując w przekazanym jej przez władze Żywca apartamencie w Zamku Żywieckim – dawnej siedzibie żywieckich Habsburgów. Często można ją obecnie spotkać w czasie jej spacerów w okalającym Zamek parku.

Wystawa obrazująca powojenny okres socjalizmu to doskonały pretekst do przypomnienia sobie realiów tamtego okresu. W salach-labiryntach pełnych luster wędrowaliśmy pośród zdjęć z epoki, które nierzadko wywoływały też pewien uśmiech na twarzy. Przed zwiedzaniem labiryntu nasz przewodnik ostrzegł: gdy zobaczycie siebie samych – nie idźcie dalej w tym kierunku, wyjście z labiryntu jest gdzie indziej. Nadmienił przy tym, że przed 2 dniami konieczna była wymiana 2 luster na nowe. Po wyjściu z labiryntu przejął nas kolejny przewodnik – bardzo miły emerytowany już były pracownik Browaru z którym udaliśmy się do produkcyjnej części zakładu mijając po drodze dalsze, archaiczne już i pełne swoistego uroku elementy maszyn i aparatury stosowanej w dawnych czasach.

W obszernym hallu nowo zbudowanej warzelni wprowadzono nas w tajniki produkcji, pardon – WARZENIA piwa. Zobaczyliśmy różne rodzaje słodu stosowane w żywieckim browarze, z których słód palony w smaku okazał się identyczny z dobrze znaną starszym uczestnikom wycieczki z czasów ich dzieciństwa.… kawą zbożową.

Wreszcie rzecz chyba dla większości zaskakująca: w pewnych rejonach Polski można zobaczyć pnące się na odpowiednich tyczkach uprawy chmielu, która jest roślina z rodziny konopiowatych. Otóż prawie wszyscy wiedzą, ze w piwowarstwie stosuje się szyszki chmielowe. Inaczej mówiąc oznacza to, że w piwowarstwie stosuje się wyłącznie chmiel o owocostanach żeńskich. Stosowanie jedynie kwiatostanów żeńskich wymaga…. usunięcia z plantacji wszystkich osobników męskich (!!!) co zapobiega zapłodnieniu i powstaniu nasion.
Może to właśnie obecność jedynie owych elementów żeńskich pozwala na wyjaśnienie szczególnego umiłowania mężczyzn do bursztynowo - żółtego trunku?

Pokrótce objaśniono nam kolejne etapy produkcji:
1. w kadzi zaciernej przygotowuje się zacier ze słodu + woda. W czasie ok. 2 godz.  
    zmienia się w kilku skokach temperaturę od 37° do 78°C, by uwolnić ze słodu    
    enzymy, które następnie rozkładają skrobię do dekstryn, maltozy i skrobii oraz
    rozkładają obecne białka.
2. zacier przepompowuje się do kadzi filtracyjnej w której następuje filtracja oraz  
    klarowanie, bez obecności tlenu, otrzymanego słodkiego płynu zwanego
    brzeczką.
3. Brzeczkę przepompowuje się do kadzi warzelnej, w której po dodaniu w
    odpowiednich momentach szyszek chmielu lub wyciągów chmielowych, jest ona
    gotowana – czyli warzona. Dawniej warzenie trwało ok. 2-2,5 godz. Obecnie 45 –
    60 min. No to wiemy już skąd bierze się pojęcie „warzenie piwa” choć to nie piwo
    lecz właściwie brzeczka podlega temu gotowaniu.
4. Uwarzona brzeczka trafia z kolei do kadzi wirowej typu whirlpool, gdzie odwirowuje
    się od powstałych osadów i klarowną schładza, napowietrza, dodaje drożdży i
    przepompowuje do fermentatorów.
5. Fermentacja w temperaturach 5° - 15°C lub 15° - 25°C trwa 5 – 7 dni po czym
    piwko leżakuje w -1° - 1°C lub 10° - 12°C.

Wszystkie w/w 4 kadzie znajdują się w jednej przeszklonej, sterylnie czystej hali wewnątrz której biegnie dookoła antresola pozwalająca na jej swobodne zwiedzanie. Ciepłą czerwień miedzi dawnych kadzi zastąpił tutaj chłód stali kwasoodpornej, a sporządzanie zacieru, jego filtracja, warzenie brzeczki i wirowanie są nadzorowane ze sterowni z widocznymi monitorami komputerów sterujących poszczególnymi procesami.
Potem już tylko jeszcze jedna filtracja, rozlew do puszek, butelek, metalowych beczek zwanych kegami lub beczek klasycznych. I…. można jechać po odpowiednim ich zakupie na Zlota!!! W rozlewni piwa do puszek trwały akurat prace konserwacyjne gigantycznej maszyny. W trakcie jej omawiania okazało się, że nasz przewodnik i Zibi mają… dobrze im znanych wspólnych znajomych pracujących w Browarze. I tu nasunęło się pytanie: a gdzież to w Polsce i na świecie nasz Zibi swoich znajomych i przyjaciół nie ma?Smile

Końcowym akcentem naszej wycieczki była degustacja. Każdy dostał na co zasłużył: większość delektowała się piwkiem. Kierowcom, czyli Zibiemu i mnie po okazaniu praw jazdy napisano na ich biletach wstępu czerwonym flamastrem literki S, co upoważniło ich na terenie Browaru Żywiec wyłącznej konsumpcji soczku.

Pełni nowych wrażeń, cali, radośni i w stanie nie wskazującym wróciliśmy do naszej bazy w Międzybrodziu.

Urania, Lusi - Konkursy, konkursy...

Po obiadokolacji przyszedł czas na rozstrzygnięcie porannych konkursów. W pierwszej kolejnosci wszyscy chętni powyciągali ze swoich koszyków i kieszeni (przecież najmniejszy grzybek łatwo sie gubi w tłumie Wink ) konkursowe okaz. Zrobiliśmy też mini wystawę grzybów. Dołączył do nas Rysiek. Do oceny konkursowych okazów została wyłoniona Komisja w składzie: Janusz i Kulka. Komisja rozpoczęła obrady od wyboru najmniejszego kapeluszowego owocnika...

W konkursie na najmniejszy kapeluszowy owocnik udział łącznie ze mną wzięły Mirka, Mglejarka i Krysia. Grzyby Mglejarki i Mirki zostały dokładnie oględnie, ale gdy przyszło do analizy i mierzenia mojego konkursowego owocnika - młodziutkiej grzybówki, okazało się że Kulka w ogóle ma kłopoty z jego dostrzeżeniem, a Janusz jakoś nie mógł wypatrzyć trzonu...Laughing

W końcu wybawieniem okazała się jubilerska lupa Mirka. Kolejno ja, Asza, Mirki, Janusz i Kulka oglądalismy grzybka przez lupę. Dopiero ten profesjonalny sprzęt umożliwił dostrzeżenie trzonu pod delikatnym kapelusikiem białej, niespełna 2 mm grzybówki, a Janusz przebąkiwał nawet coś o blaszkach... Ostatecznie wygrałam "grzybem, którego nikt nie widział"...Laughing A szacowna Komisja nie wiedziała, że jest filmowana... FILM

Później na szczęście Komisja konkursowa miała z górki. Największego grzyba kapeluszowego znalazła Mglejarka, a najdziwniejszego grzyba kapeluszowego do konkursu zgłosiła Krysia, chociaż był on "wytworem kulinarnym" Izeczki..Tongue out A kto wziął udział w konkursie na leśny kamuflaż? Zgadnijcie sami (fotka obok).Smile

Zwycięzcy odebrali nagrody (mapy) z rąk Mglejarki podczas wieczornego ogniska. Przy ognisku poznaliśmy też sympatycznych nowych grzyblandczyków: Agnieszkę i Bogdana, których nie udało się Zibiemu i Mikołajowi zaskoczyć potrawami przygotowanymi na "chrzest nówek". Z tego powodu padły głosy o koniecznosci przygotowania na zlot wrzesniowy jakiś nowych specyfików...

Ognisko przygasło, o świcie umilkły rozmowy i po krótkim odpoczynku niektórzy (Zibi, Kulki) musieli się pożegnać i wracać do swoich domów i zajęć z nadzieją na następne tak udane spotkanie. Inni pojechali w odwiedziny na ranczo Justyna.

Justyn zabrał nas na znane sobie stanowisko maczużnika główkowatego, rzadkiego grzyba, którego osobiście nigdy wcześniej "w naturze" nie widziałam. Razem z Aszą, Mirką i Mirkiem rozpoczęliśmy sesję fotograficzną, która tak nas wciągnęła, że nawet nie usłyszelismy zbliżającej się burzy... No cóż... Zlało nas doszczętnie, bo większość z nas nie była przygotowana, bo przecież do auta było tylko 20 minut spacerkiem... Ale czego się nie robi, aby zobaczyć taki rarytas!

Organizatorce - Mglejarce i wszystkim pomocnikom SERDECZNIE DZIEKUJEMY!!!
 
Komentarze
25 Kwietnia 2017
Wtorek
Imieniny obchodzą:
Jarosław, Marek,
Wasyl
Do końca roku zostało 251 dni.
Grzybland Na Facebooku
Konkursy
Logowanie
Login

Hasło

Zapamiętaj mnie
Nie pamiętasz hasła?
Nie masz konta? Załóż je sobie
Kiedy na grzyby

showMoon()
Gościmy
Aktualnie jest 1681 gości online